Sześciolatki? To mentalność nauczycieli jest problemem!

szkola_pusta_lawkiDramat, problem, polityka, kiełbasa wyborcza. Tragedie ludzkie, jakich świat nie widział – znowu sześciolatki idą do szkoły! A my nie chcemy, nie lubimy jak nam się coś narzuca, a poza tym Elbanowscy są fajni, wiedzą co robią, więc generalnie – skandal i tyle.

A dla mnie to zwykłe pieprzenie jest i kolejny przykład „polskości” (specjalnie przez małe p) w najgorszym tego słowa znaczeniu. Nieważne jak będzie – zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie narzekał. Przykład choćby z nadchodzącym referendum – ludzie są za zmianą wieku referendalnego i za zmianą ustaleń w kwestii sześciolatków. Mimo, że nie wiadomo, NA CO mamy zmienić. Chcą zmienić i tyle.

A ja patrząc z punktu ojca 9- i 6-latka uważam, że jakiekolwiek zmiany są bez sensu, mimo że gdybym miał po raz kolejny szansę podjąć decyzję, to ze starszym bym poczekał. Z drugiej strony zostawienie teraz w przedszkolu Młodszego byłoby marnotrawstwem potencjału, bo mając u boku starszego brata jakoś automatycznie nauczył się wielu rzeczy i mam pewnie wrażenie, że wywołała u swojej pani opad szczęki 🙂

Bo tak naprawdę to – jak to zazwyczaj bywa – prawda leży pośrodku. Pamiętam jak było szaleństwo z referendum Elbanowskich (inna sprawa, że kolejny przypadek ze zmieleniem podpisów obywateli to kpina z nas) i rozmawiałem wtedy w pracy z kumplem, który był całym sercem za pozostawieniem starych ustaleń (tj. od siedmiu lat). Udało nam się dojść do consensusu, najbardziej oczywistego z możliwych – a czemu po prostu nie dać rodzicom możliwości wysłania dziecka do szkoły w wieku 6 lat? Nie byłoby żadnego kręcenia, kombinowania, zaświadczeń, niejednokrotnie robienia z dziecka idioty, bo przecież rodzic wie lepiej. Proste – jeśli chcesz, to wysyłasz sześciolatka. W przeciwnym przypadku rok później nie masz już wyjścia. Czy naprawdę najprostsze rzeczy są tak trudne, że nikt na to nie wpada?

Tak w ogóle jeśli chodzi o zmiany w kwestiach nauczania wprowadzone przez „miłościwie nam panujących” to bardzo jestem ciekaw tego skrytykowanego już przecież od góry do dołu elementarza. Jedno muszę przyznać – zdjęcie z barków rodziców konieczności zakupu podręczników (w moim przypadku dla obu synów) to spora ulga dla wielu domowych budżetów. Mam nadzieje, że wartość merytoryczna będzie akceptowalna, a ja będę nad młodym z „batem” stał, żeby na książki uważał, bo za rok trafią do kolejnych dzieci. Dla mnie to akurat też nie problem – jak byłem dzieciakiem, to przecież książki też ze szkoły dostawaliśmy.

Na te kilka dni przed rozpoczęciem szkoły to obawiam się tylko jednego. W trakcie podróży Starszego przez klasy 1-3 doświadczyłem tego, że o ile szkoła faktycznie się zmienia, o tyle nauczycielom w wielu przypadkach pozostała mentalność z czasów kiedy ja chodziłem do podstawówki. I to, ta „belferowatość”, zamknięcie na nowoczesność, nierzadko otwarta krytyka nieradzących sobie dzieci, promowanie pupilków – to wszystko jest problemem, a nie to, czy uczeń będzie miał sześć, czy siedem lat. No i sprawa o której już bodaj dwa lata temu pisał Warsaw Dad – sześciolatek sześciolatkiem, ale on potem zostanie dziewięciolatkiem i pójdzie do czwartej klasy, gdzie wszystko się zmienia, co może okazać się sporym szokiem. Czy nauczyciele CZWARTYCH klas są na to gotowi? Oto jest pytanie, które niemal literalnie spędza mi sen z powiek.

Cóż – dowiem się niebawem.