Choroba rowerowa

Jeżdżąc od dwóch miesięcy rowerem do pracy zauważyłem, że warszawscy rowerzyści mają bardzo poważną chorobę wzroku. W zasadzie nie – wrrrrrróć! Nie wzroku, tylko w ogóle całego układu nerwowego. No bo to, że nie widzą, że światło jest czerwone, to jeszcze rozumiem – nie zamierzam się śmiać z daltonistów – ale nie odróżnić czerwone od zielone ? Rozumiem, że jak są rower_czer i rower_ziel to można mieć problem, ale zazwyczaj obok i tak świecą się ludziki.

To mi na poważną jednostkę chorobową wygląda i zastanawiam się od czego zależne jest jej rozpowszechnianie. Najbardziej odporni na nią wydają się ludzie wyglądający na takich, którzy do roweru podchodzą poważnie. Może dlatego, że zazwyczaj zabezpieczają szare komórki kaskami? Aczkolwiek to też nie jest norma, bo tych robiących wrażenie profesjonalnych ta choroba też zdaje się dotykać. Ja się nią nie zaraziłem, ale czasami stoję na światłach koło takich… cholera, żebym nie złapał!

Czy jest na sali lekarz? Kurde, może gdyby dojść do przyczyny to tego wirusa udałoby się wyeliminować? Warto by było, bo – co może wydawać się zaskakujące – całkiem poważnie wpływa on również na kierowców samochodów, którzy wykazują wtedy objawy właściwe bardziej dla koprolalii (nie świntuchy, to nie to o czym myślicie!). A o ile przyjemniej by było nam wszystkim na ulicach. Moglibyśmy się do siebie uśmiechać, a nie warczeć, wzajemnie szanować, ciśnienie by nie skakało, a przede wszystkim wypadków z udziałem rowerzystów byłoby znacznie mniej… Same plusy!