Aecht Schlenkerla Urbock – Kiełbasa z piwa

Do wędzonych piw mam słabość – Darz Bór z Gościszewa (chapeaux bas dla Michała Saksa) było chyba moim pierwszym kontaktem z kraftem, dokładnie tym, co spowodowało, że pomyślałem: „Cholera – drogie te piwa, ale warto je kupować!”. Coś kompletnie odmienne, wręcz abstrakcyjnego w smaku (ciekawe, że zaskoczyło mnie w piwie, a w scotchu nie budziło szoku – choć akurat wędzone torfem mi kompletnie nie podchodzą), generalnie gwóźdź do trumny koncerniaków w mojej głowie (od tamtej pory nie splamiłem się żadnym). Urbock ze Schlenkerli, ikona wędzonych piw, był więc dla mnie pewniakiem do wypicia, czekałem tylko parę miesięcy aż uda się ją dorwać.

Warto było? Czekać na pewno było warto, ale spodziewałem się nieco więcej. Moi synowie, którzy uwielbiają wąchać piwa, które piję, od razu po przytknięciu nosa do szyjki butelki, krzyknęli: „Kiełbasa!!!”. Uwielbiam klimaty leśno/ogniskowe, fajnie jest przytknąć nos do szkła z wędzonym piwem, zamknąć oczy i wyobrazić sobie, że jesteśmy na obozie harcerskim… ostro popłynąłem, wiem, ale faktycznie mam takie skojarzenia przy dobrej wędzonce.  W smaku dochodzi jeszcze oczywiście solidna, ale nie natrętna podbudowa słodowa, wzmacniająca wręcz wrażenie tej kiełbaski, kojarząca się nieco z kapiącym z niej tłuszczem. Dla mnie to piwo nieco jednowymiarowe, ale absolutnie nie wpływa to negatywnie na jego odbiór, bowiem zapachy i smaki świetnie się komponują. Mimo wszystko jednak na koniec byłem… nieco zawiedziony. Następnym razem nie mogę czytać zbyt wielu komentarzy na Ratebeerze, czy Untappd, bo po prostu spodziewałem się, że będę wręcz czuł ten cieknący tłuszcz i słyszał chrupanie bekonu. Aż tak dobrze nie było, ale spróbować warto.

SchlenklerlaUrbock