Renault Fluence Z.E. – Elektryczny… samolot

Tak dużego gadżetu jeszcze nie miałem i nie ukrywam, że emocje przed zasiądnięciem za kierownicą Renault Fluence Z.E. były relatywnie większe w porównaniu do testowania smartfonów 🙂 Z.E. to skrót od Zero Emission, czyli mamy do czynienia z samochodem w stu procentach elektrycznym. Od wersji benzynowej odróżnia kilka drobnych, nadających mu nieco futurystycznej formy elementów, m.in. klosze lamp, no i to, że nie pojedziemy nim na długą wycieczkę, bowiem pojemność akumulatorów nie pozwoli przejechać więcej, niż 100 km. Ponoć za nowości mogłoby to być nawet 160, ale mnie po pełnym ładowaniu pokazał zasięg niecałych 110. Rzeczone akumulatory stają również na przeszkodzie jeśli chodzi o spakowanie się na wycieczkę – zajmują bowiem sporą część bagażnika, więc na spakowanie dużej walizki nie ma co liczyć.

Kiedy już wsiądziemy do auta, widać, że jest luksusowo (wygodne skórzane fotele), nowocześnie (rozbudowany i skomplikowany panel obsługi komputera pokładowego) i cicho. Po przekręceniu kluczyka… nic się nie zmienia! Jedyną różnicą jest małe kółeczko z zielonym „GO”, zapalające się na prędkościomierzu. W związku z tym, fakt, że udało nam się uruchomić auto, powinien również uruchomić naszą „zczworzoną” (zdwojona to za mało) ostrożność. Bo skoro my nie słyszymy tego samochodu, nie słyszą go również kierowcy innych samochodów, a przede wszystkim piesi. Uwierzcie mi – pierwszym czego musimy się nauczyć w elektrycznym aucie jest umiejscowienie klaksonu. Ja przejeżdżając ok. 60 kilometrów oszczędziłem dzięki temu zdrowie bądź życie bodaj czterech osób.

Za to kiedy już wyjedziemy na ulicę – wow. Duże, wielkie, ogromne WOW. Specyfika silnika elektrycznego powoduje bowiem, że 260 Nm momentu obrotowego dostępne jest w każdym momencie przy wciśnięciu gazu (de facto do ok. 70-80 km/h, bo potem samochód generalnie robi się nieco mniej dynamiczny). Jak to się przekłada na faktyczną jazdę? Prosty przykład – zapomniałem, że za skrzyżowaniem muszę zjechać w umieszczoną 100 metrów dalej zatoczkę i ustawiłem się na skrajnym lewym pasie. Problem? Żaden – kiedy otwierałem drzwi, wypuszczając pasażera, pozostali dopiero ruszali ze świateł. Między 0 km/h i 80 km/h każde wciśnięcie gazu autentycznie wgniata w fotel niczym przy starcie samolotu.

Dynamiczna jazda oczywiście przekłada się na zużycie „paliwa”, tym niemniej w sytuacji, gdy staramy się jeździć ekonomicznie, możemy część strat zbilansować. Na tablicy rozdzielczej obok mierzonej w… kilowatogodzinach 🙂 pojemności „zbiornika” mamy również mały wskaźnik, informujący o tym, czy energię zużywamy, czy odzyskujemy. Wystarczy tylko zdjąć nogę z gazu, by samochód dość zdecydowanie zaczął zwalniać i w efekcie ładować akumulatory. Na dobrą sprawę przez większość jazdy można w ogóle nie używać hamulca, chyba, że zmusi nas do tego sytuacja na drodze.

Czy w takim razie „elektryki” to rozwiązanie dla każdego? Niestety nie, przede wszystkim dlatego, że mieszkając w bloku nie będziemy mieli, gdzie naładować akumulatorów. Do dyspozycji mamy dwa kable do ładowania – jeden do charakterystycznych szybkich ładowarek, które można spotkać m.in. w Warszawie (tam „zatankowanie” trwa 1-2h), drugi zaś do podłączenia do zwykłego gniazdka w domu na osiem godzin snu. Z tym jeszcze nie byłoby tak źle (tym bardziej, że w stołecznych „słupkach”, czy gniazdkach w centrach handlowych załadujemy auto za darmo),  Niestety w przypadku Renault problemem jest też model biznesowy. Francuzi bowiem do wysokiej ceny auta dokładają też niemały comiesięczny… abonament za wynajem akumulatorów. Sens to pewnie jakiś ma – szczególnie, że Fluence Z.E. wyposażony jest w system wymiany akumulatorów w 3 minuty – ale za tym musiałaby iść sieć wymiany, a tego w naszym kraju nie uświadczymy. To zapewne jedna z przynajmniej kilku przyczyn, dla której „elektryki” są jeszcze ekstremalnie rzadkim widokiem na ulicach. A szkoda – bo i fajnie jeżdżą, i dynamicznie, i nie smrodzą. Mnie się podobało.

fluence ZE