Grobbing po Crocsy

grobbingDziś nie będzie ani o gadżetach, ani o piwie. Akurat dzień się taki zbliża, że dziś będzie o polskiej mentalności…

Przełom października i listopada to w ogóle słaba pora dla ludzkiej psychiki. Zimno się robi, mokro, zmiana czasu i jeszcze to cholerne Święto Zmarłych. Nie to, żebym nie kultywował pamięci moich najbliższych, jak najbardziej, ale cała otoczka wokół tego najzwyczajniej w świecie mnie wkur… budzi we mnie głęboki niesmak. Ludzie, jeśli nie odczuwacie potrzeby chodzenia na cmentarz, to tam nie chodźcie! Ale jeśli jednak już się skusiliście, zachowajcie odpowiednią atmosferę, nie róbcie cierpiętniczych min, jakbyście mieli gorzej, niż wasi bliscy, nie drzyjcie się na cały cmentarz i nie suńcie, niczym baran-taran, przez największy tłum.

To nie jest kur** kolejka w Lidlu po Crocsy! Tu nie chodzi o to, kto będzie pierwszy, napieprzanie łokciami i darcie ryja: „Nie pchaj się pan!” jakoś tak średnio pasuje tego wyjątkowego dnia. I to nie tylko przy grobach, nie tylko w jedynej otwartej wąskiej (gratuluję idiotyzmu) bramie na cmentarz. To, że w atmosferze zadumy wychodzisz z cmentarza, nie oznacza, że masz potem przeć jak bydło i rozpier***ać po drodze nawet rodziców, usiłujących wejść z dziecięcym wózkiem do cmentarnego autobusu. I przy wyjściu też. Pamiętaj, że – jak kiedyś powiedział synkowi pewien ojciec, wywołując mój wybuch śmiechu – że najpierw wysiada bydło, a potem kowboje.

Skoro już musimy przeżyć ten znienawidzony przeze mnie dzień, gdy zdajemy sobie sprawę, że życie to niewiele więcej, niż śmiertelna choroba, przenoszoną drogą płciową ( (c) Krzysztof Zanussi, wiem), to zachowujmy się godnie. Kiedy jak kiedy, ale TEGO dnia naprawdę NIE MA gdzie się spieszyć.