Żywiec Saison – Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?

Korporacje umieją w kraft. Przynajmniej te mniejsze, czego dowodem jest choćby Kormoran, którego piwo opisywałem ostatnio na blogu, a regularnie chwalę na Twitterze i Untappd. Dlatego, mimo średnio jak dla mnie udanej próby Grupy Żywiec z APA, z uśmiechem na ustach głosowałem w ubiegłym roku w wyborach kandydata na korpo-kraft. Uparcie tłukłem w RISa, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć, że korporacja porwie się na tego piwo, no ale Saisonem też nie pogardzę. Bukiet zapachów, wyraźne przyprawy, fenole obejmujące we władanie wszystkie moje zmysły… I wtedy się obudziłem.

Rzeczony bukiet po otwarciu butelki Żywiec Saison nie uderzył mnie w nos. Nos to musiałem prawie wepchnąć do butelki (czy raczej objąć nozdrzem szyjkę, ku obrzydzeniu mojej Ślubnej) by w ogóle wyczuć cokolwiek. Zapomnijcie o delektowaniu się zapachami. Pies może byłby szczęśliwy, ale ja komórek węchowych mam nieco mniej. Nalałem do szkła, licząc choćby na bujną pianę – nic z tego, bardziej oranżadowo/colowa. Co gorsza podobnie jest w smaku. Łukasz z Piwolucji pisał o ile pamiętam o Vibovicie – ja bardziej poczułem smak lekarstwa, coś w stylu syropu dla dzieci, do bólu sztuczny. Nie wiem, jakim cudem nie wylałem tego gówna do zlewu. Wy dzięki mnie nie musicie zrobić tego błędu. Unikać jak ognia.

zywiec_saison