Setka Madagaskar – „A-ha! Już czujem słodki smak zwycięstwa!”

Jest w ogromie polskiego kraftu kilka browarów, które nigdy mnie nie zawiodły. Pracownia Piwa, Artezan, w zasadzie Olimp też. Generalnie albo legendy, albo firmy dość już uznane. Tym większe brawa dla Browaru Setka, który po drugim wypitym przeze mnie ich piwie dołączył (oby na jak najdłużej) do tej grupy. Tym bardziej, że bohater dzisiejszego wpisu to piwo mocno specyficzne.

Ja to chyba mam w sobie coś z kobiety. Choćby dlatego, że Baileysa potrafię wciągać litrami (aczkolwiek całą butelkę wypiłem tylko raz, dłuuugo nie zapomnę następnego poranka), a jeśli ktoś skołowałby mi butelkę miętowego (nie do dostania w sklepie) to ozłociłbym chyba. Dlatego też nie ukrywam, że w zalewie piw z wykręcającą ryj goryczką z radością witam kolejne słodkie stouty i żadnego z nich staram się nie przepuścić, stąd dwa dni temu do mojego gardziołka trafił w końcu „Madagaskar” z poznańskiego Browaru Setka. Wiedząc z filmowego doświadczenia jak potrafią się bawić lemury katta, nie mam wątpliwości, że za tym piwem musiał stać Król Julian 🙂

Uwielbiam wanilię, więc gęba zaśmiała mi się od razu po odkapslowaniu. JEST! Udało się! Musieli wrzucić jej naprawdę dużo. Gdzieś tam w tle schowały się klasyczne stoutowe nuty, jednak nieco odmienne, bo wzbogacone laktozą. Swoją drogą jest to dla mnie pewien fenomen, że choć słodycz to smak, bez problemu można wyczuć słodki zapach. Nos zatem obiecywał mojemu wewnętrznemu łasuchowi ciekawe doznania smakowe i zawodu nie było. Pierwszy łyk to oczywiście pierwsze skrzypce w wykonaniu stoutowej wanilii, potem wzbogacone przez… Kurde, jak to określić? Piliście kiedyś młode wino? Portugalskie vinho verde choćby. Ja kiedyś miałem okazję i wtedy w tle w smaku czułem wyraźne „nagazowanie”. To nie był (chyba?) w żaden sposób CO2, ale miało się wrażenie, że napój delikatnie buzuje w ustach. Właśnie takie odczucie miałem pijąc Madagaskar i przy dominującej słodyczy było całkiem fajne. Czytałem w sieci sporo zarzutów, że jest zbyt słodkie, ale dostałem właśnie to, czego oczekiwałem (pamiętajcie, lubię Baileysa 🙂 ). Nie jest mulące, nie jest wyklejające – dla mnie jest akurat, choć jestem w stanie wyobrazić sobie ludzi, dla których poziom słodyczy będzie zbyt duży. Co więcej, dzięki temu wydaje się pełniejsze, niż wskazyywałoby na to 15 BLG. Na koniec na języku zostaje delikatnie szczypiący, ale dość szybko znikający kardamon. To nie jest pewnie klasyczny mleczny stout, co nie zmienia faktu, że spokojnie widzę siebie na afrykańskiej plaży, łojącego go prosto z łupiny kokosa i czującego – jak mawiał najsłynniejszy lemur świata – słodki smak zwycięstwa.

Madagaskar