Gdy twoim hobby jest wzywanie śmierci…

everest„Sobotni” felieton z lekkim opóźnieniem, ale proszę uprzejmie o wybaczenie – nie miałem pomysłu, były święta, a poza tym cierpiałem po niefortunnej próbie wypicia gazowanej wódki… Tzn. sama wódka nic złego, ale tę jakoś, w liczbie jednego łyka, mój organizm jakoś wyjątkowo źle przyjął. Ale dobra – po niepotrzebnym wstępie jak zwykle pora do adremu 😉

Oglądaliśmy z szanowną Małżonką „Everest”. Od pierwszego kwadransa żałowałem, że nie miałem okazji obejrzeć go w kinie, bo krajobrazy były niesamowite, ale nie o tym rozmawialiśmy podczas filmu i jeszcze jakiś czas po jego zakończeniu. Oboje nie byliśmy w stanie zrozumieć co tych ludzi ciągnie w szpony śmierci? Co powoduje, że nie tylko z własnej woli tam idą, ale jeszcze potrafią zapłacić za taką wycieczkę… ćwierć miliona złotych?

Nie zrozumcie mnie źle. Rozumiem pasję i ciąg do adrenaliny. Sam przez kilka lat uprawiałem hobby, gdzie śmierć może nie była regularnym gościem, ale czasami zaglądała nieśmiało przez okienko, niczym BB-8 wychylający łebek zza nogi Hana Solo. Z tą tylko różnicą, że u kilku pilotów rajdowych – bo o takim hobby mowa – byłem na pogrzebach, a BB-8 nikomu krzywdy nie zrobił. A to tylko jedna z wielu różnic, choćby dlatego, że:

  • w rajdach startowałem będąc kawalerem, nie miałem więc na barkach odpowiedzialności za rodzinę
  • wsiadając do rajdówki byłem profesjonalnie przygotowany, z dopracowanym opisem trasy, wiedziałem jak go czytać
  • w razie, gdyby coś się zepsuło w aucie, co 2-4 odcinki specjalne mieliśmy serwis i zawsze można się było wycofać
  • mimo realnego ryzyka miałem dużą szansę dojechać cały (przez kilkadziesiąt rajdów, które przejechałem, miałem jeden poważny wypadek)

O ile jestem w stanie zrozumieć profesjonalnego himalaistę, który oddał się tej pasji kosztem wszystkiego, nawet rodziny, i idzie w góry ze świadomością, że może z nich nie wrócić, to nie rozumiem nawet pół-profesjonalistów, którzy wybierają się na Everest, bo „taka jest moda”, bo „obiecał dzieciom”, bo „sobie wymarzył”. To trochę tak jakby wsadzić Kajtkowi Kajetanowiczowi na prawy fotel gościa, który do tej pory oglądał rajdy jako kibic, albo przejechał kilka amatorskich imprez, i przekonać go, że może w pełni ufać temu pilotowi. Tylko, że w górach jak coś się stanie to nie dojedzie do nas karetka w ciągu kilku/kilkunastu minut, jeśli nam nie idzie, to nie można po prostu wycofać się i pojechać do domu, a jeśli powinie się nam noga „przed samym szczytem” – to w rajdach najwyżej schlejemy się jak świnia ze smutku, a w górach umrzemy potworną śmiercią, z obrzękiem mózgu, zamarzając, albo spadając w przepaść*. Takiej „zabawie” może się co najwyżej równać rosyjska ruletka, ale mam wrażenie, że jest mniej ryzykowna i w razie czego generuje mniejsze cierpienia.

Sorry himalaiści. Nie zrozumiem was.

* niepotrzebne skreślić

Photo by ilkerender/Flickr