Westvleteren XII – Nieco hype’u, mnóstwo smaku

Nareszcie się udało. Nieco dzięki pomocy Klubu Motocyklowego Trajkersi, którzy „nie wiedzieć czemu” 😉 nagle gremialnie zaczęli lajkować fanpage bloga (mam jednak nadzieję, że zostaniecie tu na dłużej!) mogłem dobrać się do Westvleterena XII, którego – jeśli zamierzałem być słowny – miałem otworzyć po przekroczeniu 100 like’ów. Udało się w przeddzień sylwestra, więc poczekałem jeszcze dzień i oglądając z rodziną film (polecam „W głowie się nie mieści” – taki „dwuwarstwowy”, coś dla rodziców i coś dla dzieci), otworzyłem Jego. Świętego Graala piw.

Tak, jestem w pełni świadom, że wysoka pozycja Westvleteren XII (niedawno wrócił na 1. miejsce na świecie w rankingu RateBeer.com), to w sporej części hype, umiejętne wykorzystanie przez braciszków z Opactwa Św. Sykstusa reguły niedostępności plus szczypta samospełniającego się proroctwa, gdy tak naprawdę biorąc piwo do ręki już wiemy, że wystawimy mu maksymalną ocenę (bo przecież jest najlepsze na świecie!). Mimo wszystko nie jest to jednak VIP z Biedronki i fakt, że oceny na Ratebeer, czy Untappd wystawiło mu po kilkadziesiąt tysięcy ludzi, musi mieć jakieś odbicie w jakości.

Słodkie winogrona – to pierwsze skojarzenie przy powąchaniu zapachu unoszącego się z butelki bez etykiety, jedynie z charakterystyczną obręczą (wszystkie dane znajdziemy na kapslu). Winogrona i ogólnie czerwone owoce. W syropie, bo słodycz jest wyraźna, nie muląca, ale wyraźnie zapowiadająca z jakim piwem będziemy mieć do czynienia. Po ogrzaniu wyczuwałem nieco nut miodowych, trochę przypraw. Do tego wszystkiego lekko parujący alkohol.

Smak to zgodnie z oczekiwaniami wyraaaźna słodycz, ale pijałem znaczne bardziej wylepiające barley wine. Tutaj słodycz nie wszechogarnia, a raczej wzbogaca, dodaje pełni wciąż dominującym jak dla mnie czerwonym winogronom, takim pełnym i mięsistym, już lekko przefermentowanym – coś na granicy winogron i wina. Jest karmel, są przyprawy – taki szlachetny grzaniec galicyjski 🙂 – ku swojemu zaskoczeniu poczułem też w tle nawet nieco czekolady. Jak na 10,2% to alkohol w smaku bardzo ładnie się schował, wyraźniej czuć go w zapachu.

Mówcie sobie co chcecie, że łyknąłem marketing, a ja wciąż będę zdania, że łyknąłem przede wszystkim świetne piwo. Czy też raczej sączyłem, a nie łyknąłem, bo mimo iż butelka to zaledwie 0,33 litra, to piłem je chyba godzinę. Być może znalazłbym jedno, czy dwa lepsze piwa, które piłem i pewnie w przyszłości też jakieś się znajdzie. Nie zmienia to faktu, że Westvleteren XII to kapitalnie skomponowany i zbalansowany trunek i nie żałuję wydanych nań 49 złotych. Jeśli lubicie ekstraktywne, słodkie piwa – odłóżcie trochę grosza i pofolgujcie sobie, np. na urodziny. Tylko pamiętajcie, by pić je jako pierwsze, a nie któreś z rzędu!

 

WVXII