Wearables 2016 – napierw pomoc, potem rozrywka

terminatorWypoczął człowiek przez święta – mam nadzieję, że Wy też – i nadeszła pora przyjmowania na testy nowych gadżetów. I zastanawiając się nad jednym z nich, Neuroonem, na którego notabene jestem napalony jak szczerbaty na suchary, zacząłem się w ogóle zastanawiać nad przyszłością wearables i tym jak bardzo – czy raczej jak szybko – technologie ubieralne staną się dla nas tak oczywiste i przez to nieodczuwalne, jak choćby bielizna osobista, i do jakiego stopnia tak naprawdę obecność wearables w naszym codziennym życiu jest potrzebna?

Weźmy choćby takiego SmartBanda Talk, którego używam od ponad roku, rozstając się z nim tylko podczas kąpieli i to nie z racji ryzyka, że się zaleje, tylko tego, że guma wielokrotnie zamoczona zaczyna najzwyczajniej w świecie śmierdzieć. Do czego mi potrzebny? Głównie do mierzenia kroków, jakości snu (o ile da się to zrobić na bazie wyłącznie odczytów z przyśpieszeniomierza) i odczytywania powiadomień bez konieczności sięgania po telefon. No i pełni też oczywiście rolę zegarka. Czy mogę bez niego żyć? Jasne, że mogę, przez lata na ręku nosiłem wyłącznie zegarki i jakoś żyłem! Czy chcę? A to już inna sprawa. Są tacy, którzy uważają, że błyskawiczny rozwój technologii jest dobrym powodem do jej kontestowania, ale ja – z całym szacunkiem – technologicznym Amiszem być nie zamierzam i jeśli mogę ułatwić sobie życie, będę to robić.

Inna sprawa, że coraz częściej spotykamy się z gadżetami, których zadaniem jest nie tylko wygoda, ale realne wsparcie naszego codziennego życia. Dodajmy do opaski pulsometr, oksymetr i pomiar reakcji skórno-galwanicznej i mamy urządzenie, które już we w miarę dokładny sposób analizuje nasz stan zdrowia i jest w stanie wygenerować powiadomienie push dotyczące ryzyka na nasz smartfon, a jeśli nie zatwierdzimy informacji – SMSem do lekarza. To już jest realna korzyść i nie zdziwiłbym się, gdyby nawet w tym roku pojawiły się tego typu usługi. To taka nieco łatwiejsza, zminiaturyzowana i rozszerzona wersja zegarka biegowego z paskiem na pierś, gdzie ustawiamy próg pulsu po przekroczeniu którego jesteśmy informowani alarmem, że zaraz może być źle. A choćby i Neuroon, o którym napiszę pewnie kilka tekstów, bo jestem nań napalony jak szczerbaty na suchary. Moja żona śmieje się, że przeceniam możliwości tego sprzętu, ale ja naprawdę poważnie liczę na to, że dzięki terapii światłem będę mógł zoptymalizować swój sen i przede wszystkim spać efektywnie, a nie budzić się rano z uczuciem, że ktoś przypieprzył mi młotem w łeb i mimo trzeciej kawy słaniać się w pracy.

Taka przyszłość urządzeń ubieralnych jak najbardziej mi odpowiada i daję sobie rękę uciąć, że ku takim funkcjom przynajmniej część z nich będzie dążyć, a pozostałe pozostaną przy zastosowaniach nazwijmy to „rozrywkowych”. A co potem? Cóż, chyba jednak jestem przeciwnikiem obecności Sieci w naszym życiu wszędzie, z drugiej strony jednak fajne byłoby szkło kontaktowe łączące się po Bluetooth z moim smartfonem i podpowiadające mi kim u licha jest ten gość, który tak wylewnie się ze mną wita, pokaże mi nawigację bez wyciągania telefonu albo przeanalizuje cechy behawioralne osoby idącej w moim kierunku i podpowie, czy przypadkiem nie powinienem zwiewać ile sił w nogach.

 

Photo: The Terminator (1984)