AleBrowar/BrewFist Baltic Freak – Za wcześnie…

Siła reklamy. Na Baltic Freaka nastawiałem się od momentu, gdy Kopyr wrzucał na Instagrama zdjęcia ze wspólnego warzenia chłopaków z AleBrowaru i BrewFista, ale na samo piwo trafiłem nieco przypadkiem. Jechałem sobie w pewno miejsce w jeden z niedzielnych wieczorów, zbliżała się godz. 23 i akurat mijałem Chmielarnię na Twardej. Pomyślałem – a co mi tam, zajrzę na jednego. No i jakoś tak wyszło 🙂

Krzychu polał, powąchałem… kurczę, jakoś tak rzekłbym zbyt rześko. Porter to dla mnie taki dystyngowany dżentelmen, we fraku, w meloniku, z laseczką albo szpicrutą, a pierwsze skojarzenie jakieś takie raczej studenckie było. Przez 24 BLG przebijało się takie „wysycenie w tle”. Może to nie do końca fortunne określenie, to było coś w rodzaju młodego wina, które niby nie bąbelkuje (przecież to nie szampan), ale jakieś takie delikatne musowanie w posmaku czuć.

Tak właśnie było w Baltic Freaku i niestety to wrażenie przykryło mi całą resztę odczuć. W tle faktycznie była wyraźna śliwka, ale zdecydowanie w drugim planie. Zapach – well, zapachy jakoś zawsze lepiej czuję w zaciszu domowym, a nie z piwem nieco chłodniejszym niż lubię pić portery, kiedy zegar tyka, bo niebawem ostatni tramwaj ucieknie. Coś tam z czekolady było, ale tak samo jak zabrakło mi odczucia pełni smaku, tak samo te zapachy jakieś takie niedojrzałe były.

Na pewno jeśli znajdę to piwo w butelce to kupię i wrzucę na rok – albo nawet dwa – do piwnicy. Daję sobie rękę uciąć, że jeśli dojrzeje, będzie pyszne i jestem niemal pewien, że urwie mi dupę (ale nie dosłownie 😉 ). No ale w tej sytuacji wraca dość często zadawane pytanie: czy to aby na pewno ja powinienem dbać, by piwo, które dostaję, było idealne do picia?

Balticfreak_ramka