Sieć widzi wszystko?

ElsbergZeroMarc Elsberg umie straszyć. Dowiódł to swoją debiutancką powieścią, „Blackout”, przy czytaniu której przeżywałem – co rzadko mi się zdarza – niemal fizycznie te same emocje, co bohaterowie. Było mi zimno, bałem się, wręcz oczyma duszy widziałem to, co autor przelał na karty książki. Mogę gorąco polecić, dlatego nie wahałem się ani chwili, gdy zobaczyłem jego nową książkę. Tym razem o internecie, czy raczej o krążących w nim petabajtach danych. Naszych danych. Naszych, cholernie prywatnych i wrażliwych danych.

Czytając takie książki, a przede wszystkim zastanawiając się nad tym, co w Sieci dzieje się z Big Data, zawsze mam mieszane uczucia. Książki jeszcze nie przeczytałem, gdy piszę ten tekst zostało mi ze 60% (czyta się błyskawicznie, zacząłem poprzedniego dnia), ale to nie ma być recenzja książki, tylko przemyślenia o problemie.

Bo przyznam Wam, że już początek lektury dał mi sporo do myślenia. Po raz kolejny zresztą. Gdyby nie to, że czytałem (z wypiekami na twarzy) Blackout, powiedziałbym, że autor przesadza, ale tak naprawdę, to kto wie, gdzie krążą nasze dane i co się z nimi dzieje? Ilu z nas w pełni świadomie, dokładnie wszystko czytając, zapoznaje się z umowami, dotyczącymi usług i wykorzystania przez usługodawcę naszych danych? Ilu z nas widząc tam wątpliwe etycznie fragmenty rezygnuje z usługi (wiem, są tacy, zawsze jakiś odsetek się znajdzie, sam takiego jednego znam). A przede wszystkim, czy można mówić tylko o jednej stronie jako usługodawcy, skoro my też dajemy firmie na G, czy F – żeby daleko nie szukać – bardzo wiele możliwości samymi naszymi danymi? Czy ktoś z nas ma absolutną pewność, jak nasze dane są używane? Od monitorowania pod kątem potencjalnych zachowań zakupowych do przewidywania wszelkich naszych aktywności nie jest daleko. Kobiety, które dostawały oferty związane ze stanem błogosławionym zanim dowiedziały się, że są w ciąży to nie science fiction, tak faktycznie się działo! I nawet jeśli mam czyste sumienie, niczego złego nie planuję, to wciąż pozostaje coś, co u Elsberga nazwano creepiness factor – czuję się bardzo źle z tym, że są ludzie, którzy bazując na moich zachowaniach przez miesiące, czy lata, są w stanie przewidzieć, co zrobię jutro, zanim ja to zrobię! Np. przewidzieć, że grozi mi zawał, bo dużo jem (MyFitness Pal) i mało się ruszam (smartband), spojrzy jakie lekarstwa biorę (wyszukiwania na Google, za jakiś czas może system e-recept) i w efekcie zawału dostanę dopiero jak zobaczę ofertę ubezpieczenia na życie.

To się dzieje, i to jest do dupy. A jeszcze bardziej do dupy jest to, że nie wiem, czy potrafię zrezygnować z udogodnień dzisiejszego gadżetowego świata – po części dlatego, że mi z tym dobrze, ale też dlatego, że co mieli zebrać to i tak zebrali i w efekcie jestem w czarnej dupie. To może dobrym pomysłem byłoby przejęcie samemu kontroli nad własnymi danymi i po prostu handlowanie nimi, co w powieści Elsberga jest codziennością? Chyba jednak nie, mam wrażenie, że wtedy czułbym się jak prostytutka… No i nie zmieniłoby to faktu, że wciąż ktoś miałby wgląd w mojej dane i mógłby zaprząc do pracy algorytmy, przewidujące z prawdopodobieństwem bliskim pewności co zaraz zrobię. Pytanie brzmi, czy potrafiłbym żyć bez smartfonów, bez sieci i bez ciągłego zalewu informacji. Na pewno byłoby to dla mnie znacznie zdrowsze, ale czy bym potrafił?