Bluzgać też można z klasą, czyli kultura upieczona razem z Wojewódzkim

Miało być o czym innym, ale będzie o upadku. Nie tym ze świetnego filmu z Michaelem Douglasem (chociaż akurat w sytuacji, którą opiszę, czułem się tak, jak jego główny bohater…), nie tego o Hitlerze. O upadku kultury i zeszmaceniu kabaretu.

Roast Kuby Wojewódzkiego – o tym będzie. W ostatnim półroczu kilka razy przeczytałem o nowej formule quasi-kabaretowej, ale jakoś nie miałem kiedy zerknąć. No ale kiedy pewnego dnia przyszła sama, w końcu się skusiłem – kładąc się do wyra odpaliłem Playera i zacząłem oglądać. Wytrzymałem niewiele ponad kwadrans i nie wiem, czy być dumnym, że aż tyle.

O tempora, o mores. Fakt, iż sporo młodzieży (jak można było wnosić po ich profilach w mediach społecznościowych) rozpływało się w zachwytach nad zajebistością roastu jest chyba dowodem na to, jak bardzo przez ostatnie lata zmienił się świat. „Bo roast polega na ubliżaniu!” – to był jeden z najczęstszych argumentów, które słyszałem, czy też raczej czytałem. Ale czy naprawdę od dorosłych ludzi, biorących w tym cyrku udział, nie można wymagać więcej, niż porównywania obrażanego do gówna? Niż sugerowanie kobiecie, że robiła komuś loda i zapomniała połknąć? Czy nie ma innego charakteru żartów, niż te genitalno-fekalne? Czy nie ma ludzi o klasie choćby Emiliana Kamińskiego, który „Bluzgiem na generała” potrafił pokazać, że nawet kląć można z klasą?

W dupie mam to, że głównym argumentem moich interlokutorów było, że zachowuję się jak zgrzybiały dziadek (choć trzeba im przyznać, że argumentowali w sposób kulturalny). Znacznie bardziej martwi mnie to, że tak wielu ludzi to bawi. Że wystarczy rzucić parę kurew, chujów i naubliżać kobiecie, żeby zostać guru tłumów i twierdzić z dumą, że robi się kabaret. Wstyd mi, że żyję w społeczeństwie, gdzie tak wielu to bawi. I choć obawiam się, że tego nie zmienię, to i tak…

niechce