Bazyliszek Wściekła Kaczka – Te kable wciąż płoną!

Na początku wyjaśnijmy podstawową kwestię. Nie cierpię szkockiej whisky. Czy raczej inaczej – nie jestem w stanie wytrzymać zapachu słodu wędzonego torfem. W związku z tym kompletnie nie mam pojęcia, co mi odbiło, bo ostatnio w krakowskim MultiQlti skusić się na Trippla ze 100% zasypu w postaci właśnie tych najbardziej znienawidzonych przeze mnie ziaren. Stawiam na to, że pomogła bardzo fajna atmosfera spotkania i choć raczej na pewno nie sięgnę już po takie piwo, warto było spróbować takiego hardkora.

Do tej pory zastanawiałem się, co brali ludzie, którzy wąchając torfowe alkohole czuli tam przypalone bandaże. Już wiem – Jezusie, to masakra jakaś jest. W przypadku Wściekłej Kaczki te bandaże i kable nie są przypalone, tylko cały czas jarają się żywym ogniem! Odwiedziłem MQ z grupą znajomych nie obytych z piwem kraftowym i miałem wrażenie, że każdy po powąchaniu Kaczki, za chwilę się zrzyga. Nie da się ukryć, że zapach jest, hmmm… wyjątkowo specyficzny. Wydawało mi się, że whishy Laphroaig jest mocno torfowa, ale od samego zapachu Wściekłej wręcz bolał nos. W smaku niewiele lepiej – jakby się zastanowić, to ktoś faktycznie do hektolitrów torfu jakichś przypraw dodał, ale tak naprawdę mamy do czynienia z Laphroaigiem pomnożonym przez 30, co najmniej. To piwo nie „smakuje” torfem – to jest płynny torf, szczypiący w język przy pierwszym łyku, zdecydowanie komponując się z zapachem. Mam wrażenie, że po trzech dniach wciąż czuję pieczenie na kubkach smakowych. Na pewno nie skuszę się już na piwa 100% peated, choć tego doświadczenia nie żałuję. Każdego hardkora warto spróbować, choćby po to, żeby potem móc wyłapać smaki w wersji nieco subtelniejszej. Ale znając fanów szkockiej, myślę, że nawet wściekła kaczora znajdzie swego amatora 🙂
WscieklaKaczkaRama