Spirifier Goalie – Do kraftu wchodźcie tędy

Przeglądałem sobie moje wpisy o piwie i zobaczyłem, że ostatnie jasne recenzowałem niemal dokładnie dwa miesiące temu! W sumie da się to wytłumaczyć – w końcu zima była, piło się ciemne, ekstraktywne, rozgrzewające trunki, tym niemniej wiosna się zbliża, a mnie ostatnio nadeszła ochota sięgnąć do szafy i wyjąć AIPA. Padło na Goalie od Spirifiera.

Z wywarami od podwarszawskiego kontraktowca dałem sobie na pewien czas spokój, bowiem te pierwsze smakowały, jakby piwowar pomylił się i zamiast kilograma chmielu wrzucił kilo monet. Ponoć w przypadku Browaru Witnica można było tylko powiedzieć, że „taki mamy klimat”, czekałem więc, aż zrozumieją to Spirifier’owcy i przeniosą się gdzie indziej. Doczekałem się już jakiś czas temu, nawet wypiłem któreś z ich piw na premierze w Hopsters, ale na butelkę przyszła pora akurat teraz. Skusiłem się, bo lubię trawę cytrynową w piwie.

Jest dobrze, choć liczyłem, że zapach uderzy mnie po nosie nieco bardziej. Są amerykańskie chmiele, ale bez poczucia, że ktoś podtyka mi pod nos owoce, do tego nieco aksamitności „arbuzowej”. Mogłoby być bardziej, ale może ja mam spaczony nos – weźmy pod uwagę, że przesada może odstraszyć ludzi, którzy przez lata pili puste gówniane śmierdzące skarpetami korpolagery. Podobnie jest w smaku, którego na szczęście nie zdominowała słodowość, wyraźnie czuć owoce. Trawę cytrynową poczułem, dlatego, że jej szukałem – w innym piwie, które piłem, była wyraźniejsza, miałem wrażenie, że dodawała ostrości, tutaj faktycznie lekko wzbogaca smak. Do tego goryczka wyraźna, ale nie mordercza. Może ciut zbytnio zalega, ale da się wytrzymać.

Niech Was nie speszy pieczątka, że się zastanawiam – oceniam to piwo według siebie i ja wolałbym wyraźniejsze AIPA, bardziej z jajem. Oczyma duszy widzę jednak ludzi, dla których Goalie może się okazać dobrym piwem „entry level” do kraftu. Za to brawo.

Goalie