Piwne Podziemie Underground Cow – IPA o łagodnym obliczu

Pijąc piwa kraftowe można się nauczyć bardzo wielu rzeczy. Np. geografii – gdyby nie wywary z Piwnego Podziemia, nigdy nie byłbym świadom istnienia Rożdżałowa! Tamtejszy browar Piwne Podziemie to dla mnie jeden z fenomenów polskiego kraftu. Nie jest na pewno marką odruchowo kojarzoną z kraftem, nie słynie z piw spektakularnych, czy jakichś ekstremalnych wynalazków. Ich piwa nie znajdą się na najwyższych stopniach podium rocznych klasyfikacji. Ale wiecie co? Jeśli mam do wyboru browar z jednym Opus Magnum i piwami wynurzającymi się ponad tło i taki, który nie ma na koncie piwa genialnego, ale za to niemal każde, które zrobi, jest świetne – to wybieram ten drugi. Mam nadzieję, że zrozumieliście ten skomplikowany wywód 🙂

Piwne Podziemie to browar, który nie zawiódł mnie nigdy. O ile dobrze kojarzę, to chyba tylko jedno ich piwo oceniłem na Untappd poniżej 3,75. Nie inaczej jest z „Podziemną Krową”, co do której długo się wahałem, czy w ogóle po nią sięgnąć. Barman w krakowskim MultiQlti nieco się krzywił, gdy spytałem go, czy warto. W końcu laktoza i IPA to trochę jak mięso i syrop klonowy – wydaje się, że kompletnie nie pasują, ale są tacy, którzy spożywają je razem. O ile jednak w przypadku mięs na słodko myślałem, że rzucę pawia, to laktozowa IPA pozytywnie mnie zaskoczyła. W zapachu standardowo tropiki, ale wzbogacone… hmmm, wiedziałem, że to laktoza, więc doszukiwałem się jej w zapachu, ale ciężko powiedzieć, żeby był on stricte mleczny. To raczej było coś w rodzaju złagodzenia ostrych zazwyczaj woni z amerykańskich chmieli. Tak jakby je lekko… polukrować? Ciężko mi to opisać, zwróciłem ostatnio uwagę, że nadużywam w opisach określenia „aksamitny”. Muszę nad tym popracować, ale cóż poradzę, że w przypadku zapachu Underground Cow właśnie tak to czuję?

W smaku natomiast… kurde, powiecie, że szufladkuję, ale to naprawdę taka trochę IPA dla kobiet. Laktoza jeszcze bardziej niż przy zapachu zakłada kaganiec zbytniej ostrości i fajnie kontruje goryczkę. Ona wciąż jest, nieprzerwanie wyraźna, staje się jednak znacznie bardziej akceptowalna. I – w kontrze do przeciwników laktozy w jasnym piwie – ja tam nie czułem mleka per se, bardziej taką dodatkową… smukłość. Trochę jakby porównać dotyk pościeli z kory (nie drzewnej – to materiał taki 🙂 ) i z jedwabiu. Jedna i druga ogrzeje, ale ta jedwabna do zaspokojenia podstawowego instynktu doda nam jakieś takie poczucie spokoju, ciepła i wyjątkowości, takiej dbałości o nas. Może i mocno popłynąłem, ale Underground Cow nie jest piwem, które łatwo da się wpasować w stylowe schematy. I to właśnie jest w nim – podobnie jak w większości produkcji Piwnego Podziemia – takie fajne. Z czystym sumieniem polecam – Magda Gess… Errrm, no wiecie sami 🙂 Ja polecam.

UndergroundCow