Huawei Mate S – To tylko mandryl

– Panowie, Apple robi telefon różnicujący siłę nacisku na ekran!

– No nie, to my musimy mieć taki pierwsi!

– Aaaleeee… Co z tą funkcją zrobimy?

– A ty nie myślisz ostatnio zbyt dużo?

Po dwóch tygodniach z Huawei Mate S właśnie tak wyobrażam sobie dyskusję w siedzibie chińskiego producenta, gdy podjęto decyzję o wypuszczeniu na rynek modelu Mate S. Telefonu tyleż ładnego (do tego już nas Huawei przyzwyczaił) co… niepotrzebnego.

Świetna, smukła obudowa, idealnie spasowany metal, konkurencja mogłaby się uczyć. Do tego najlepszy na rynku czytnik odcisków palców, szybkie ładowanie, dual sim i dostępność modelu ze 128 GB przestrzeni dyskowej, dzięki czemu do hybrydowego slotu na drugiego SIMa nie musimy wkładać karty pamięci. No i 3D Touch, który urywa…

…no rzecz w tym, że właśnie niczego nie urywa. Robi za to wrażenie funkcji dodanej na siłę, z klasycznym bardziej polskim, niż chińskim „jakoś to będzie”. Bo o ile za 128 GB, bo tylko w najdroższej wersji telefon obsługuje 3D Touch, mógłbym dopłacić, ale robienie lokomotywy marketingowej z tego, że przy przyciśnięciu ekranu możemy zoomować zdjęcie ze skalą zależną od siły nacisku, a jeśli schowamy przyciski nawigacyjne Androida, to możemy je wywołać, wciskając mocno miejsca po nich, trąci żartem. Tak, na tym kończą się możliwości 3D Touch…

Prócz tego mamy telefon z procesorem wyraźnie słabszym, niż w Mate 8, dość regularnie potrafiącym „zamulić”, przyzwoite ekran i tylny aparat, a z przodu 8 MPix jednak ze zbyt wąskim jak dla mnie kątem widzenia. To wszystko w pięknym, wzbudzającym poczucie elitarności opakowaniu, ale – jak mawiał Tytus de Zoo – nie szata zdobi człowieka, lecz szympans szatę. W tym przypadku szympans okazał się… kapucynką może nie, ale mandrylem. Jego czerwoną dupę widać na kilometr, ale gdy się do niego zbliżymy, okazuje się być tylko małą małpą. Szkoda, to pierwszy telefon Huaweia, który mnie zawiódł.

Mate S