Ale Browar Imperial Smoky Joe – Cud, miód i spalone kable

Nie było innego wyjścia, wracamy oczywiście do WFP 2016/1, ale tym razem w nieco innym kontekście. Jakże bowiem mógłbym nie opisać na łamach ChcęTo Bloga piwa, które w cuglach okazało się dla mnie najlepszym polskim trunkiem festiwalu (oczywiście wyłącznie wśród tych, których próbowałem)?

Nie lubię torfu. Mój brat zawsze patrzył na mnie jak na kosmitę, że mogą wybrać znakomitą szkocką whisky wolę wodę, a jeśli już mam sięgać po Wodę Życia to wyłącznie z Irlandii. No nie mogę po prostu, torf śmierdzi i nic mnie do niego nie przekona. Choć może z tym nic to przesada, bo w trunkach o mocy jednocyfrowej jestem w stanie go zaakceptować, jak choćby w Smoky Joe, a nawet grubo przegiętej Wściekłej Kaczce. Przyszła jednak kryska na matyska, gdy do mojego craftmastera trafił Imperialny Smoky Joe. Tutaj nie ma już mowy li tylko o akceptacji. To piwo jest… RISem. Serio. Żarty żartami, ale w zapachu torf, choć faktycznie wyraźny, okazuje się nie być dominujący. Mimo, iż mamy do czynienia z whisky stoutem, torfowość uzupełnia czekoladę, palone słody i odczuwalne już w zapachu poczucie pełni, gęstości. Torfowe słody nie rażą – wydają się być zupełnie na swoim miejscu.

Podobnie jest w smaku, gdzie przede wszystkim czuć gęstość, której ISJ pozazdrościłyby piwa o wyższym BLG, mleczną czekoladę, taką rozpuszczoną w wodnej kąpieli, nieco podszczypującej w język kawy i gdzieś tam idealnie wplecione w koncepcję torfowe spalone kable. Nie przewidywałem, że kiedyś to powiem, ale torf znakomicie pasuje do bukietu zapachów i smaków tego kapitalnie zbalansowanego piwa. Dla mnie mistrzostwo, jedn0 z najlepszych polskich piw, jakie piłem.

ImperialSmokyJoe