Hulaj… noga, gdy autobusu nie ma

Schule St. Marien, Liniengasse

Fot. Wikimedia Commons

Czekałem z weekendowym felietonem do poniedziałku, ale było to – jak zwykle oczywiście 🙂 – uzasadnione. Kupiłem bowiem w piątek w drodze powrotnej do pracy hulajnogę (w sklepie z owadem w logo,  149 PLN, masa jeźdźca do 100 kg), z zamiarem dzielenia się nią z dzieckiem, i chciałem poczekać jak mi się w życiu sprawdzi i czy w ogóle warto.

No bo w sumie sami popatrzcie – nie dość, że w okolicy mojego miejsca zamieszkania zabrali mi tramwaje jeszcze na miesiąc, to jeszcze koło roboty też mam mniej autobusów i muszę stać jak ten pieprzony kołek na przystanku, bo jak jeżdżą, to stadami. A tu w jednym miejscu z półtora kilometra, w drugim ze 2,5 – w sam raz na przejazd „hujnogą„, tym bardziej, że razie szybkiego wiosennego deszczyku (albo zmęczenia) zawsze można ją złożyć i wsiąść do autobusu.

Oczywiście gros osób będzie stwierdzi: „Co ludzie powiedzą, bo przecież na hulajnodze to dzieci”. Ja jednak jestem znany wśród znajomych z tego, że zasady mam w dupie, więc wsiadłem na pojazd. Cholera, dziwne to. Wsiadając po długiej przerwie na rower, czuje się, że działają zupełnie inne mięśnie, niż przy bieganiu, tutaj natomiast odczułem przede wszystkim obciążenie kolana. Starałem się raz na jakiś czas zmieniać nogę, ale jakoś ze stabilnością u mnie nie bardzo i jadąc na lewej mam problemy z utrzymaniem równego toru jazdy. Najpierw myślałem: „Cholera, ależ to męczące!”, by po chwili dojść do wniosku, że w sumie to… właśnie o to chodzi. Ma być męczące, jakbym chciał wozić dupę na hula, to bym kupił elektryczną, ale kurde nie spodziewałem się, że na płaskim po długim rozpędzeniu, sprzęt tak szybko zwolni… Chwilami miałem wręcz wrażenie, że jadę w tempie spacerowym, ale Endo na koniec pokazało średnią prędkość niemal 11 km/h na prawie 4 kilometrach, więc w sumie nie jest tak źle.

Nie ma więc sensu bać się hulajnogi, nawet gdy w metryce na pierwszej pozycji macie cyfrę „3” albo i więcej. Ludzie patrzyli się na mnie raczej życzliwie, nikt się nie śmiał, jedna starsza pani nawet się uśmiechała 🙂 Gdybym się tylko nie wypierdzielił na minimalnej wielkości podjeździe przy przejściu dla pieszych, czego efektem były rozerwane spodnie, pokrwawione kolano i fakt, że poczułem się jak kretyn, byłoby nieźle. Ale nie poddaję się – na pohybel niezrozumiałym zasadom, hulanie na pewno jest zdrowsze od czekania na autobus, mimo wszystko przyjemne, a na krótsze dystanse wygodniejsze od roweru, którego nie złożymy i nie schowamy pod pachę.