Lenovo Yoga Tablet 3 – Zamiast peceta

Kiedy ostatni raz korzystaliście w domu z peceta? Ale nie z laptopa, czy hybrydy jak ja – z takiego prawdziwego, dużego w blaszanej obudowie. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że niewielu z Was odpowie: „Wczoraj”, czy „W tym tygodniu”. Myślę, że większość z Was, podobnie jak ja, zapomniała, że kiedyś mieliście taki komputer. Choćby dlatego, że macie tablety, np. takie jak bohater dzisiejszego wpisu.

Zrobić kolejną edycję popularnego urządzenia… gorszą niż poprzednia? W tym szaleństwie może tkwić metoda, jeśli za jakością pójdzie też cena. Nie każdy bowiem szuka w pełni topowego urządzenia, które zerwie asfalt, a poza tym to krawaty wiąże i usuwa ciąże. W erze post-PC szukamy raczej urządzenia małego/dość małego, spełniającego zadania domowego mobilnego centrum multimedialnego, na którym można odpisać na maila, a na upartego nawet jakiś tekst napisać, choć – well – znam lepsze pomysły od klawiatury ekranowej.

W tym kontekście – włącznie z pisaniem – przewagą wszystkich tabletów z serii Yoga jest… kawałek blachy. Taki wąski, odginany, który pozwala na ustawienie urządzenia lekko pod kątem do tyłu, co ułatwi nam zarówno pisanie, jak i oglądanie filmów. Jeśli nie mamy telewizora to ów kawałek blachy możemy nawet odgiąć maksymalnie do tyłu, a tablet odwrócić i… powiesić na haczyku, a następnie traktować go jako telewizor. Przy założeniu, że nie mamy zbyt dużych wymagań, co do jakości ekranu, bo 10,1 cala przy rozdzielczości 1280×800 opadu szczęki raczej nie spowoduje. Już bardziej na kolana rzuci sam wygląd tabletu – obudowana gumowana, ale nie tandetna, dzięki której urządzenie nie ślizga się w rękach, i charakterystyczne zgrubienie na jednym z boków, skrywające głównie baterię. Całkiem wygodnie trzyma się z nie tablet, na dłuższą metę nie pomoże to jednak wiele, mamy bowiem do czynienia z urządzeniem dość ciężkim (niemal 700 g). Dlatego właśnie, mimo iż tablet to teoretycznie urządzenie przenośne, mnie pasuje on bardziej jako „tablet domowy”, pełniący rolę, która dotychczas należała do peceta: przeglądanie internetu, odpowiadanie na maile, czy oglądanie filmów. No i oczywiście słuchanie muzyki! O ile do ekranu można mieć sporo uwag, to głośniki stereo w technologii Dolby Atmos 3D grają znacznie lepiej, niż można by się spodziewać po takim urządzeniu. Bateria o pojemności niemal 8,5 amperogodziny, jeśli korzystamy z automatycznego wyłączania urządzenia na noc, może starczyć nawet na ponad tydzień (!) – a to jest poziom, którego nie uświadczyłem do tej pory w żadnym mobilnym urządzeniu (choć przy ostrym testowym używaniu o tygodniu oczywiście nie ma mowy).

Wiecie co jest w tym wszystkim chyba najzabawniejsze? Za napędzanie tego cuda odpowiada procesor Snapdragon… 210(!) wsparty zaledwie gigabajtem RAMu. Asfaltu taka konfiguracja nie zwinie, ale myślałem, że będzie znacznie gorzej. Nowa Yoga daje radę, choć cudów nie należy się spodziewać. Ja mam już spaczony umysł i wymagam od tabletu wyraźnie więcej (przede wszystkim w kwestii ekranu), ale bez ryzyka jestem sobie w stanie wyobrazić ludzi, którzy zobaczywszy wygląd, możliwości i cenę Lenovo Yoga Tablet 3 nie zastanowią się długo, zanim sięgną do kieszeni.

Yoga3_ramka