Nie trzeba popiołu z siana, czyli kulinarny orgazm

tagliatelleOpuszczam się ostatnio w weekendowych tekstach, ale jakoś tak od piątku do niedzieli ciężko mi znaleźć czas. Poza tym nie zawsze opłaca się publikować
tekst w sobotę rano, kiedy coś fajnego może się zdarzyć po południu. Tak jak choćby przedwczoraj, gdy z racji rocznicy ślubu wybraliśmy się z Małżonką na dobry restauracyjny obiad. Typowałem nieco „na pałę”, bo w naszej ulubionej restauracji był najazd komunistów ;), więc poszukałem na Trip Advisorze czegoś z kuchnią włosko/śródziemnomorską i dobrymi ocenami, zarezerwowałem, a potem – na los szczęścia Baltazarze!

Ależ to był kapitalny wybór! Restauracja Oliva „ukryta” jest kilkaset metrów od stołecznego Nowego Światu, przy Ordynackiej w okolicy Tamki. Dzięki temu:

  • jest ciszej i przytulniej
  • wcale nie jest drogo (o tym później)

Na wyjście z żoną/narzeczoną/dziewczyną/żone… errm, mężem/narzeczonym/chłopakiem polecam rezerwację dwuosobowego stolika z fotelami na pięterku. Jest ciepło (w sensie atmosfery, wewnątrz na szczęście subtelna klima), wręcz domowo, parkiet i wygodne fotele. No ale, z racji, że do restauracji nie przychodzimy oglądać podłogi, wspomnijmy krótko (jak zawsze 🙂 ) o jedzeniu. I moim i żony (nie zabierałem, sama się dzieliła – stwierdziła, że sama by wszystkiego nie zjadła, a i ja z bólem brzucha nie wyszedłem):

  • consomme z bażanta: rosół jak rosół, nie powiedziałbym, że coś z nim nie tak, ale z butów nie wyrwał. Mocne 4.
  • przegrzebki (w ramach appetizera): kosmos absolutny, mięsiste, soczyste, jędrne, jezusicku… 6
  • Tagliatelle Nero di Sepia (widzicie na obrazku – czarny makaron, do tego mule, małże, krewetki, ośmiorniczki, kalmary i jeszcze jakieś dziwne coś): orgazm. Każdy z owoców morza idealnie ugotowany, soczysty, pełen smak, uginający się pod ugryzieniem, puszczający soki… A nie dość, że przepyszne, to jeszcze dużo. 6+
  • Ravioli z bażantem i pancettą. 5+
  • Sernik z białej czekolady z solonym karmelem: poezja, gęsty, rozpływający się w ustach. 6
  • Beza lodowa. 5

Do tego przepyszne lemoniady (ja wziąłem bazyliową, zielsko fajnie łagodzi smak), znakomicie dobrane wino (dzięki obsłudze, my się nie znamy, dostaliśmy do wyboru i pasowało świetnie), dyskretni, nie narzucający się kelnerzy. Za to wszystko – w centrum Warszawy – zapłaciliśmy niecałe 250 PLN + oczywiście w pełni zasłużony napiwek. Wiem, że pewnie niektórzy stwierdzą, że w McDonaldzie taniej, ale w McDonaldzie nie gotuje Łukasz Żuchowski. Za jego kulinarne cuda to wręcz wydaje się być zbyt mało.

Chef – czapki z głów, dziękujemy za kulinarny orgazm. To na pewno nie była nasza ostatnia wizyta w Olivie. Po wyjściu rozmawialiśmy z żoną o tym, jak zabawni w kontekście tego, co właśnie przeżyliśmy, wydają się być ludzie snobujący się na wielbicieli kuchni z klasą, najlepiej jeszcze opowiadający jak pysznie było w Atelier Amaro, a ten popiół z łąkowego siana to już kosmos był w ogóle. Z całym ogromnym szacunkiem dla Wojciecha Modesta Amaro, nie sądzę, bym po wizycie w Atelier wyszedł w jeszcze lepszym nastroju. To jest trochę jak z audiofilstwem – wierzę w to, że ta garstka ludzi „słyszy więcej” i potrzebuje kabli w cenie >1000 złotych – mnie wystarczy Oliva.