TomTom Bandit – GoPro? Jakie GoPro!

Do momentu, gdy pojęcie „sport” było dla mnie tożsame z rozwaleniem się na kanapie i włączeniem telewizora, kamera sportowa w roli gadżetu, była… no cóż, była czymś co istnieje, i na tym moje zainteresowanie się kończyło. Gdy rok temu z okładem przekonałem się do roweru, przez jakiś czas miałem okazję korzystać z absolutnego klasyka, kamery GoPro. Nie podobała mi się. Tzn. funkcjonalnie było ok, filmy wychodziły ekstra, ale sam sprzęt był w cholerę wielki, kanciasty i nieforemny, a jego obsługa daleka od intuicyjnej.

Alternatywy w zasadzie nie było, w każdym razie do niedawna. Kamera o groźnie brzmiącej nazwie Bandit to dzieło holenderskiej firmy Tom Tom, do tej pory znanej z modułów GPS które podłączało się do pre-smartfonów (Nokia E52 <3 ) i urządzeń do nawigacji. Czasy się zmieniły, mamy smartfony, więc jakoś trzeba sobie radzić, a TomTom robi to naprawdę dobrze.

Bandit już na pierwszy rzut oka robi wrażenie synka GoPro. To urządzenie mniejsze, smuklejsze, lżejsze i… obiektywnie ładniejsze. No i agresywne z wyglądu. Od razu wpadło w oko barmanowi w Brewdogu, który stwierdził, że przy prędkości >140 km/h przypięte na jego motocyklowym kasku GoPro powoduje nie do końca kontrolowane wibracje głowy (!). Bandit budzi zaufanie już samym sposobem mocowania – zamiast wkładać go do obudowy z pleksi i przykręcać jej śrubą do obejmy na ramie roweru, wystarczy wcisnąć kamerę w złącze, aż usłyszymy charakterystyczne „klik”. Nic nie lata, jeśli obejma i kamera drgną na jakichś wyjątkowych dołach to naprawdę o milimetry (na ekranie tego oczywiście nie widać, wszystko jest stabilne i ostre jak żyleta). Jakość materiałów, które kręcimy, waha się od 720p (ale nawet w 120 klatkach na sekundę) do 4K/15fps (30fps tylko przy timelapsach). Jeśli interesują nas filmy w najlepszej możliwej jakości, niezbędna będzie pojemna i bardzo szybka karta microSD (kamera nie ma własnej pamięci, a jedynie ukryte w sprytnie wyciąganym battery packu gniazdo na kartę), bowiem już 20′ filmu w 720p/60fps zajmuje 4 gigabajty! Baterii za to wystarczy nawet na dłuuugą podróż – ogniwo 1900 mAh ma starczyć na ok. 3 godziny, co potwierdzają moje obserwacje z dwu-trzykrotnie krótszych rowerowych wycieczek. „Bandyta” znakomicie radzi sobie też z popularnymi timelapsami. Odstęp między kolejnymi klatkami, z których każda zajmuje 0,3 sek., może wynieść od 10 do 60 sekund. Wrażenia są oszałamiające, nawet jeśli nie wybierzemy trybu nocnego.

Z racji na producenta w kamerze nie mogło oczywiście zabraknąć GPSu. Nie rozkminiłem jeszcze, czy da się rzucić trasę przejazdu na mapę, ale – jak widzieliście na obrazku na głównej stronie – podczas jazdy możemy na bieżąco obserwować odczyt prędkości i dotychczasowy VMax. Można też podłączyć pulsometr i obserwować podczas jazdy oraz na filmie parametry życiowe – niestety niezbędne jest urządzenie w standardzie Bluetooth Smart, a mój Garmin korzysta z ANT+, więc akurat tego elementu nie miałem okazji sprawdzić.

Na koniec warto też wspomnieć o dedykowanej urządzeniu aplikacji mobilnej. Kamera łączy się z telefonem/tabletem przez sieć WiFi AdHoc, pozwalając na obejrzenie wszystkich zarejestrowanych na karcie nagrań, zerknięcie w „wizjer”, czy nasz „Bandyta” jest dobrze ustawiony (obiektyw jest mocno szerokokątny, trzeba być wyjątkową sierotą, żeby źle ustawić kamerę), a także po… potrząśnięciu telefonem zmontować automatycznie minutowy film z dziesięciu sześciosekundowych migawek, które kamera uznała za szczególnie ważne, bądź ciekawe (i tylko ona 😉 ). Czego brakuje kamerze TomTom Bandit? Patrząc na jej konstrukcję , bałbym się, co się stanie, w razie gdyby się odpięła i upadła na ziemię.  No i wodoodporności, która jest jedynie opcją, wymagającą zakupu dodatkowej osłony obiektywu. Dla tych jednak, którzy nie zamierzają wystawiać swojej kamery na ekstrema wyjątkowego poziomu, narodził się właśnie nowy król sportowych kamer.

TTBandit