„Chodź, dam ci w ryja, będziesz moim kumplem?”

To jest wojna,
musicie zabijać,
albo nie przeżyjecie
mjr Edward Keller

Kto widział „Demony wojny wg. Goi”? To taki film jeszcze z czasów, gdy Władysław Pasikowski nad moralny niepokój preferował porządne kino akcji. Dla tych, którzy nie widzieli: grany przez 46-letniego Bogusława Lindę główny bohater musiał w pewnym momencie drastycznie potrząsnąć swoimi podwładnymi, choćby po to, by nie potrząsnęła nimi energia kinetyczna wlatujących w ich ciała pocisków z kałacha. Zastanawiając się nad kończącym się rokiem szkolnym w wykonaniu mojego starszego syna, czwartoklasisty, myślę, że to samo powinno się mówić dzieciom zaczynającym naukę w szkole. I… nie tylko im.

bully_wikipediaZe starszym do I klasy poszedł pewien chłopiec, z którym chodził razem do przedszkola. Anonimizując ostatniego bohatera szkolnego felietonu nazwałem go Gerwazym, teraz więc niech będzie Protazy. W sumie fajnie, bo idą do szkoły jako sześciolatki, znają się przecież, będzie raźniej. Rzeczony Protazy niestety od samego początku uważa, że ma jakieś szczególne prawa do Starszego i dość specyficznie podchodzi do nawiązywania znajomości i samego faktu „koleżeństwa”. Otóż jego kolega ma się bawić tylko z nim, ma słuchać, co on mówi, a jeśli sam usiłuje coś powiedzieć, to słyszy: „A co mnie to obchodzi”. Główne zajęcie Protazego to granie na tablecie lub komórce i jedzenie niezliczonych ilości słodyczy, którymi od I klasy począwszy pasą go rodzice. Nic więc dziwnego, że Starszy wytrzymał o ile dobrze pamiętam półtora roku, by wreszcie stwierdzić, że cała ta impreza to dla niego słaby interes. Czy to oznacza, że się skończyło? A w życiu! Protazy, nie znając innych metod nawiązywania znajomości, albo staje swoim ofiarom nad głową i truje im dupę nie interesującymi ich tematami (nie każdy poświęca życie wyłącznie graniu), ewentualnie usiłuje zadzierzgnąć przyjaźń szarpiąc, bijąc i kopiąc (nie przejmuje się takimi głupotami jak różnicowanie płci, przecież gender mamy, każdy jest traktowany tak samo). W certyfikowanej „Szkole bez przemocy”, gdzie wszystkie korytarze są w zasięgu monitoringu! Awantury są więc na porządku dziennym, a co się dzieje, kiedy sprawa trafi w końcu do wychowawcy? Protazy wybucha rzewnymi łzami, jak to nikt nie chce się z nim bawić, jak to go przezywają, gnębią i to wszyscy inni zaczynają zadymy, bezczelnie kłamiąc, że on nigdy nic nie robi! No i co, i komu wierzyć? Przecież to jasna sprawa, że temu co rzewnie płacze! Ja jestem świadom, że mój syn i inne dzieciaki z klasy swoje za uszami też mają, ale szczerze mówiąc jestem w stanie ich zrozumieć, bo święty k**wicy by dostał, gdyby był regularnie zaczepiany werbalnie, szarpany i bity. Ale dlaczego tylko oni dostają po uszach?

I tu leży pies pogrzebany. Za przysłowiowego psa robi w tym przypadku jedno z rodziców (pozostając przy anonimizacji – nie chodzi mi o zemstę tylko opisanie sytuacji – będę używał rodzaju nijakiego). Rodzic, z którym jeszcze do niedawna żyliśmy dobrze, dzwoniliśmy, rozmawialiśmy o sytuacji w szkole, o lekcjach, itd. Wszystko się zmieniło, gdy okazało się, że rodzic dorysowuje swojemu synowi aureolę, nie przyjmując do wiadomości, że to Protazy może być sprawcą i prowokatorem. Rodzic, który wychodzi z założenia, że skoro nasze dzieci mają ze sobą problemy to winny jest wyłącznie mój syn, rodzic, który nie przyjmuje w żaden sposób nie tylko krytyki, ale i jakichkolwiek uwag względem swego dziecka, rodzic, który zamiast zająć się swoim synem, regularnie wydeptuje ścieżki do wszystkich świętych w szkole po to, by wbijać im do głowy swój punkt widzenia tak długo, mocno i konsekwentnie, by to w niego uwierzyli. Rodzic, który wiedząc i widząc, że dziecko nie jest w klasie akceptowane (kto zaakceptuje kogoś, kto tak się zachowuje?) twardo trzyma je w tym środowisku, nie usiłując go zmienić, wierząc (?), że dyskusje z nauczycielami cokolwiek zmienią. Rodzic, który mówi swojemu synowi, że nie interesuje go opinia mojego Starszego, bo… „on ma głupich rodziców!”. Starszy przyszedł wtedy do domu roztrzęsiony, twierdząc, że bardzo chciał powiedzieć: „Zamknij się i nie obrażaj moich rodziców!”. O ile zniżyłby się wtedy do poziomu Protazego i jego rodzica (notabene udającego, że nie zauważa nas na ulicy), jak słowo daję, nie miałbym do niego odrobiny pretensji!

Dorota Zawadzka kiedyś określała takie zachowanie rodziców mianem „hodowli dziecka”. Nie interesuj się nim rodzicu, rób swoje, niech sobie gra i da ci święty spokój. Aha, i skoro nie chce jeść niczego normalnego, to dawaj mu tony słodyczy, również zamiast kanapek do szkoły, a kiedy nauczyciel zwróci ci na to uwagę, wykaż święte oburzenie, że nikt nie będzie ci mówić, co masz dawać dziecku do jedzenia (swoją drogą, poważnie się zastanawiam, czy na jego zachowania nie wpływa gigantyczna ilość cukru w krwiobiegu). I niech tylko ktoś ci powie, że twoje dziecko robi coś złego – wtedy nie masz wyjścia, najlepiej pier***nij Rejtana przed gabinetem i powiedz, że nigdzie nie pójdziesz, dopóki cię nie przeproszą za tę podłą potwarz.

Mój syn to wytrzyma. IV klasa już się kończy, przez wakacje będę go uczył skutecznego ignorowania natręta, a jeśli po raz kolejny powtórzy się atak ze strony Protazego, zażądam analizy szkolnego monitoringu (choć pewnie tamten rodzic i tak stwierdzi, że to nie jego dziecko, albo, że podłożyłem swój podrobiony plik). Ale Protazego mi szkoda, bo będzie miał przerąbane. W gimnazjum już nie będzie tak łatwo i tam po prostu raz albo drugi dostanie w ryja i rodzic już nie pomoże. I pozostaje mieć nadzieję, że wtedy nie skończy się klimatami z innego filmu. Chyba, że wcześniej zda sobie sprawę z tego, co robi źle, ale bez pomocy rodzica, interesującego się dzieckiem tylko wtedy, gdy trzeba go bronić, czarno to widzę.

Fot. Wikipedia