Garmin VivoactiveHR – Serce na nadgarstku

Był taki czas, ze dwa lata bez przerwy, gdy poczułem w sobie pasję do biegania. Co dwa dni, regularnie, świątek czy piątek, deszcz czy palące słońce, dzień czy noc, nawet tuż po powrocie z drugiego końca Polski. Trzeba biegać i tyle. Potem niestety złapałem kontuzję, potem wygrał leń i ostatecznie coweekendowe wolne wybiegania po 15 km, zamieniłem na 15 kg więcej na brzuchu :/

Mimo tej oczywistej życiowej porażki skusiłem się na testy opaski Vivoactive HR od Garmina, choćby dlatego, żeby porównać jak przez te lata poszła do przodu technologia. Za moich biegowych czasów używałem bowiem zegarka Garmin FR60 z opaską do pomiaru tętna zapinaną na pierś i tzw. footpodem, czyli „pastylką” przypinaną na but – zaawansowanym krokomierzem, mierzącym przebiegnięty dystans.  Tym razem jest znacznie lepiej, bowiem „na pokładzie” vivoactive HR mamy do dyspozycji GPS o wysokiej czułości i będący coraz częściej standardem w smartwatchach pulsometr w nadgarstku. Testy przeprowadzałem dwojako – traktując VivoActive HR zarówno jako smartwatch do codziennego użytku,  jak i profesjonalną fitnessową opaskę. Lenia w stosunku do biegania wciąż nie mogę przegonić, ale dość regularnie jeżdżę do pracy na rowerze, a 12,5 kilometra w jedną stronę to bardzo dobry dystans do dokładnych testów.

Zacznijmy zatem od ćwiczeń. Opatentowana przez Garmina technologia Elevate Move IQ faktycznie sama rozpoznaje jaką aktywność akurat uskuteczniamy i odpowiednio zapisze to w pamięci urządzenia (a po synchronizacji ze smartfonem również w chmurze), jednak jeśli chcemy mieć dokładne odczyty tętna, tempa i pozycji na mapie, musimy sami uruchomić aktywność. Nie stracimy na to jednak zbyt wiele czasu: wciśnięcie jednego z dwóch fizycznych przycisków pod ekranem, wybór jednego z kilkunastu predefiniowanych sportów (dzięki temu urządzenie wie, jakiego rodzaju aktywności oczekiwać i jak ją mierzyć, choćby wtedy, gdy wybierzemy ergometr wioślarski, bieżnię, czy rower stacjonarny), czekanie zanim GPS złapie fixa i ponowne wciśnięcie przycisku – to wszystko trwa poniżej 10 sekund. Kiedy już ruszymy, na ekranie widzimy informacje związane prędkością i tempem, bądź po przesunięciu palcem w dół – z odczytami tętna. Minusem jest fakt, że po uruchomieniu zapisu aktywności VivoActive staje się wyłącznie opaską fitness, więc nie zobaczymy na ekranie aktualnej godziny.

GPS działa znakomicie. Gdy używałem do tego celu smartfonu, regularnie okazywało się, że po drodze zdarzało mi się zboczyć kilometr obok (często na skuśkę przez tory) i potem wrócić, a to wszystko w niecałą sekundę. Tutaj tego nie ma – trasa jest rozrysowana idealnie, chwilami wręcz do tego stopnia, że widzę, kiedy omijając przeszkodę zjechałem ze ścieżki na chodnik!). Puls też nie wydawał się wariować, rósł i opadał płynnie. Fajną opcją jest pokazywanie przez zegarek, jeśli nie zatrzymamy aktywności, ale zatrzymamy siebie na dłuższą chwilę, pulsu spoczynkowego i różnicy uderzeń między nim i dotychczasowym średnim. Dla mnie ciekawostka, dla fachowców podejrzewam ma to coś wspólnego z prędkością regeneracji organizmu. Po wszystkim sporo statystyk możemy obejrzeć już na nadgarstku, ale ich kopalnią okazuje się aplikacja mobilna. Średnie prędkości (całej aktywności i ruchu), maksymalna, czas aktywności i ruchu, średnie i maksymalne tętno, statystyki wysokości, spalone kalorie, czasy okrążeń, dokładne wykresy tętna, prędkości i wysokości oraz czas w strefach tętna. Zdaję sobie sprawę, że to wszystko mamy w Endomondo, ale w Garmin Connect jest po pierwsze czytelniej, po drugie zaś – nie musimy płacić za strefy tętna 😉 Notabene nasze dane same wrzucą się na Endo w momencie synchronizacji zegarka z telefonem (przy założeniu oczywiście, że połączymy konta i zgodzimy się na auto-publikację). Warto zaznaczyć, że zmierzy również naszą aktywność na basenie, dzięki klasie wodoodpornośći 5 ATM.

Jako smartwatch VivoActive HR ma jeden ogromny plus i jeden w zasadzie delikatny minus. Dobra, w zasadzie dwa plusy, bo przede wszystkim jest ładny (310 XT wstydziłbym się założyć na rękę, paskudztwo!), ma rewelacyjną baterię i – mimo wyróżniającej go spośród innych zegarków fitnessowych urody jednak nie założyłbym go do garnituru, ani nawet koszuli. Bije jednak na głowę wszystkie smartwatche, bowiem – czasami jeżdżąc na rowerze – przypominałem sobie, żę warto go załadować, co ok. 5 dni! A mówimy o urządzeniu, które ma kolorowy ekran, wszystkie funkcjonalności smartwatcha (pogoda, powiadomienia z telefonu, pomiar kroków), a do tego nieprzerwany pomiar tętna. Powiedzcie, że to nie jest genialny wynik?! Oczywiście standardowo motywuje posiadacza do ruchu jeśli ten zbytnio się zasiedzi, limity możemy ustawić sobie sami (kroków i… zaliczonych po schodach pięter), można też zdecydować się, by zegarek w ramach motywacji dostosowywał dzienny cel do naszej aktywności – jeśli któregoś dnia nie wyrobimy planu, następnego będzie nieco mniejszy).

Świetny sprzęt. Kiedyś Franz Maurer mówił: „Lata mijają, a pan zawsze jest w komisjach”, a ja nieco trawestując bohatera „Psów”, podsumuję:

Lata mijają, a Garmin w swojej branży ciągle na absolutnym topie.

vivoactiveHR_ramka