Gdzie jest telewizor, czyli multitapowe towarzystwo wzajemnej masturbacji

cof

Tak się jakoś trafiło, że minioną sobotę w godzinach meczu Polska-Szwajcaria spędziłem „na uchodźctwie” ;), w jak zwykle przyjemnym i gościnnym (tu nie ma ironii) Wrocławiu. Gdy załatwiłem to, co miałem załatwić, wyjąłem tablet, odpaliłem stream i udałem się czym prędzej w okolice Wrocławskiego Zagłębia Wielokranów – jakże kojarzącej się z rozrywką ulicą… Ofiar Oświęcimskich :/ Ze spokojem sumienia i świadomością, że to nie ja wybierałem ten adres, wpadłem w momencie rozpoczęcia drugiej połowy do mojej ulubionej Kontynuacji, a tam… nic. Tzn. coś, piwo było, ale na górnej sali kilka osób i zero śladu, że gdzieś tam w St. Etienne dzieje się jakikolwiek mecz! Dziwne, Polska żyje grą biało-czerwonych, a w piwodajni cisza… Okazało się jednak, że nie jest tak źle – barman, gdy zamawiałem drugie piwo, zasugerował mi zejście do sali na dole, gdzie zebrała się cała reszta klientów, oglądając na dużym ekranie mecz. Czyli jednak wszystkich nie opanował jakiś dziwny wirus, po prostu właściciele, mając możliwości lokalowe, dali szanse tym nielicznym, których zmagania piłkarzy nie interesują. Fair enough, szanuję, ja akurat nie chciałem wbijać się w dziki tłum więc pozostałem przy moim tablecie. A potem skończył się regulaminowy czas i piwa, którymi byłem zainteresowany, więc nadeszła pora, by zmienić lokal.

Najpierw Prohibicja, pod tym samym adresem. Jezusiemaryjo, dzikie tłumy na dole przy telewizji i żadnego piwa, które chciałem. Patrzę na Google Maps – o Włodkowica jest blisko. To pójdę na Włodkowica 21, Kopyr tyle dobrego mówił, że fajne miejsce, patronacki multitap Dr Bre… O. Pusto. Wygląda jak wymarłe miejsce w trakcie kapitalnego remontu. Kolejnym kandydatem był więc położony kilkaset metrów dalej Zakład Usług Piwnych. Zaczyna się druga połowa dogrywki, schodzę po schodach do miejsca, które kojarzy mi się z miksem oldskula i komunistycznej mordowni, piwnica, więc jakość streamu na tablecie pewnie zaraz spadnie, pytam sympatycznej pani za malutkim barem, gdzie jest telewizor…:

– Nie puszczamy meczów – wypowiedziane z mieszaniną dumy i pogardy błyskawicznie mnie otrzeźwiło. Nie zrozumcie mnie źle, barmanka generalnie była bardzo sympatyczna, tym niemniej z jej pierwszymi słowami od razu dotarł do mnie przekaz o specyficznej „elitarności” tego miejsca. Nie bez kozery w cudzysłowie, bowiem mowa o elitarności kompletnie niezrozumiałej, wzmacniających u „Januszy” przekaz, że bywalcy multitapów to towarzystwo wzajemnej masturbacji. Dumni z tego, że przychodzą do nich „ci, którzy się znają”, rzygający na widok (ba, na wzmiankę!) korpolagera, absolutnie i fanatycznie unikający jakichkolwiek skojarzeń z mainstreamem: „Niech sobie Janusze piją Tyskie przy meczykach!”. Zgoda, kibic to specyficzny gatunek klienta na kraftowe piwo, aczkolwiek z drugiej strony, czy akurat ten najbardziej specyficzny będzie zainteresowany wizytą w lokalu, gdzie jedno piwo kosztuje tyle co czteropak Tyskiego? Myślę, że wątpię – on i tak by nie przyszedł, za to człowiek taki jak ja, mając do wyboru kilka lokali w promieniu kilometra, tego konkretnego już nie wybierze. Rozmawiałem ostatnio z właścicielem jednego z małych stołecznych multitapów, który ma do tej sprawy chyba najzdrowsze podejście.

– Masz Polsaty eurowe?

– Mam.

– To czemu nie napiszesz na zewnątrz, że można wpaść na mecz?

– Bo ci, którzy wiedzą, to przyjdą, a jeśli ktoś przyjdzie pierwszy raz, to się nie zawiedzie. Nie zależy mi na przyciąganiu pewnej kategorii klientów, ale nie stać mnie na to, żeby kojarzyć się z tym, że u mnie nawet meczu przy piwie nie można obejrzeć.

Można zatem znaleźć złoty środek. Wystarczy chcieć.