Bose Quiet Comfort 35 – Przespany lot samolotem

Z jednej strony to wygadany i towarzyski ze mnie człowiek, ale czasami łapię się na tym, że dopada mnie jakaś fobia społeczna. Może nie fobia per se, ale po prostu zaczyna bić mi szybciej serce, bynajmniej nie ze szczęścia ani miłości. Dlaczego – przez wszechobecny, miejski SZUM…

To chyba moja klątwa, bo mam wrażenie, że generalnie na wielkomiejskie tło nie zwracamy uwagi. Ono sobie po prostu jest, różnica między Wami i mną (pewnie paroma innymi też) jest taka, że ja jestem świadom, co powoduje, że chodzę przez miasto wkurzony. Czy raczej chodziłem – zanim trafiły do mnie słuchawki Bose Quiet Control 35 – i będę chodził, gdy je oddam 🙁

Na temat wyglądu nie ma co się rozpisywać. Klasyczna czerń, miękkie wyłożenie pałąka, muszle z alcantary, idealnie przylegające do uszu, co jeszcze dokłada element hardware’owy do  kluczowej kwestii realizowanej na poziomie software’owym, czyli powodu, dla którego kupujemy słuchawki z serii QC – aktywnego wyciszania szumów.

Co się zmieniło od poprzedniego modelu? Ano to, że z modelu QC35 będą mogli korzystać właściciele iPhone’ów 7 😉 Wieść gminna niesie bowiem, że w nowym jabłuszku zabraknie wtyczki mini-jack (podobno przestała współgrać z emejzingiem). Do niedawna bowiem Bluetooth i redukcja szumów nie miały części wspólnej: albo słuchaliśmy muzyki bezprzewodowo, albo podpinaliśmy kabel i cieszyliśmy się cichszym światem.

To działa. Nie, to mało powiedziane. To ZAJEBIŚCIE działa. Do tego stopnia, że w ostatnią sobotę zdjąłem je tylko na czas wykonywania hobby (głupio wyglądałbym ze słuchawkami na głowie). Od momentu wyjścia z domu, przez przejazdy autobusem, pociągiem, lot samolotem, znów autobusem i na końcu tramwajami – nie ściągałem z głowy Bose QC35 na więcej niż kilka/naście sekund. Świat był zupełnie inny – mogłem zagłębić się w myślach, w samolocie zasnąłem jeszcze przed startem i obudziłem się dopiero w momencie, gdy koła dotknęły pasa przy lądowaniu. Czasami posłuchałem muzyki i tu warto na chwilę się zatrzymać. Wycięcie szumów wpływa bowiem na to, jak odbieramy dźwięki, które mogą dochodzić ze słuchawek. Nie jestem audiofilem (chyba już kiedyś to pisałem), ale jest zupełnie inaczej: czyściej, dźwięczniej, miałem wrażenie, że muzyka otulała mnie niczym muszle słuchawek. To robi wrażenie. Notabene podobnie jak bateria – mawiają, że starcza na 20h i jestem w stanie uwierzyć, że nawet to przekracza, bowiem po sobocie, gdy praktycznie nie ściągałem ich z uszu, zostało jej jeszcze 50 procent.

Jak przystało na bezprzewodowe słuchawki, Bose QC35 mają też funkcje charakterystyczne dla współpracy z urządzeniami mobilnymi. Parowanie z maksymalnie dwoma urządzeniami z aktywnym połączeniem – zatrzyma film z tabletu i pozwoli odebrać rozmowę na telefonie. Sama rozmowa natomiast – cóż, jakości mikrofonowi kierunkowemu na lewej muszli mogliby pozazdrościć producenci mikrofonów smartfonowych, do których mówimy z bezpośredniej bliskości. To jednak tylko dodatek – QC35 to przede wszystkim kapitalna redukcja szumów, za niemałą kasę, ale konkurencyjna dla dedykowanych i znacznie droższych ochronników słuchu. Dla mnie bomba – ale taka cichutka, wygłuszona 🙂

boseqc35