Seria Sony Xperia X – Szalony przedszkolak nie ucieknie

Jeśli chodzi o smartfony, to lubię markę Sony i nie zamierzam tego ukrywać. A co ciekawe, jeśli zapytacie „czemu”, to tak od razu nie będę potrafił odpowiedzieć. Bo to w zasadzie miks – trochę sentymentu (najpierw moim pierwszym quasi smartfonem był Sony Ericsson T68i, potem, gdy nadeszła era Androida, skusiłem się na Xperię Neo V, a potem już chyba każdego flagowca przynajmniej przez trochę miałem), szczypta jakości wykonania, odrobina za najładniejszą nakładkę systemową, sporo za warstwę dźwiękową i ponad przeciętne aparaty (dedykowany spust migawki!). Dlatego nieco zszokowało mnie, gdy dowiedziałem się, jaką woltę Japończycy wykonali z tegorocznymi smartfonami, decydując się na zaoranie wszystkiego, co do tej pory znaliśmy i zastąpienie linii M, E i Z serią X. Po prostu X.

Zanim przejdę do paru słów o trzech telefonach z różnych półek, z tą samą literką, nie mogę nie zaznaczyć, że akurat decyzja unifikacji nazewnictwa jest dla mnie mocno niefortunna. XA, X i X Performance – geek wie, geek się nie pomyli, ale ilu jest geeków wśród nabywców nowych smartfonów? Jeśli ktoś lubi Sony, to kupi Sony. Jeśli ktoś nie zna Sony – to wszystkie trzy nazwy mu się zleją i za cholerę nie będzie wiedział, który model jest dla niego. Chyba, że zajrzy na ChceTo Bloga 🙂 Ale żarty na bok – zmiana nazewnictwa jest dla mnie niezrozumiała, robi wrażenie totalnego niezdecydowania w centrali, w którą stronę producent tak naprawdę zamierza iść?

A teraz do tego, co nabywcę obchodzi zdecydowanie bardziej, czyli samych słuchawek. Co je łączy? Rozmiar. Poza XA Ultra, którego nawet nie chciałem, wszystkie telefony mają 5-calowe ekrany IPS, 720p (XA) lub 1080p (pozostałe). Poza najtańszą wersją dysponują one znanymi od lat z telefonów i… telewizorów Sony technologiami Triluminos i X-Reality Engine. Jest ślicznie, balansem bieli i temperaturą barwową można manipulować, a nawet teoretycznie słabszy XA radzi sobie nieźle, jak na telefon szukający dla siebie miejsca między niską i średnią półką. Różnicę widać też w przypadku wydajności, gdzie Helio P10 „daje radę”, Snapdragon 650 z 3 GB RAMu jest dobry, zaś w wersji 820 (X Performance) – „wymiata”. Wracając jeszcze na chwilę do ekranów – doczekałem! Doczekałem chwili, gdy te cholerne ramki wokół wyświetlacza w „Soniaczach” wreszcie zniknęły! I niech mnie kule biją, jeśli to nie wygląda – jak mawiają anglojęzyczni – „classy”. Jest classy, a do tego odczucia dokłada się jeszcze aluminiowa obudowa z wyciętym gustownym grawerem „Xperia”. Koniec obaw – „ojezusmariatelefonmiupadłszkłopękłocojaterazzrobięojojojoj”. Podczas testów nie „upadałem” moich Xperii na twarde podłoża, ale nawet gdyby tak się stało, nie ryzykowałbym ataku serca. Za minus można uznać fakt, że plecki łatwo się zatłuszczają od palców, ale z drugiej strony – gdyby to było szkło, to ślady byłoby widać nieporównywalnie bardziej.

Marketingową lokomotywą Xperii X jest błyskawiczny, śledzący cel autofocus i przewidujący jego ruchu. O ile z błyskawicznością złapania celu nie jest idealnie (choć wciąż bardzo dobrze), ale kiedy już go złapie, faktycznie można prowadzić obiekt bez ryzyka zerwania ostrości. To nie jest marketingowy bullshit – to jest coś, co rodzice szalonych przedszkolaków mają szansę pokochać 🙂 Jakościowo już standardowo jest bardzo dobrze, mnie odwzorowanie kolorów się podoba, w ciemnych warunkach zdjęcia mogłyby może być nieco jaśniejsze, ale z drugiej strony po zzoomowaniu zdjęcia nocnego bez flesza widać wyraźnie więcej, niż klasyczną wielobarwną pulpę, do której jesteśmy przyzwyczajeni. No i nie zapominajmy, że żyjemy w epoce selfie, a frontowy standardowo szerokokątny aparat dysponuje kompletnie niestandardową 13 megapikselową matrycą, w efekcie czego „selfiaki” z Xperii X i X Performance nierzadko przewyższają jakością zdjęcia z tylnego „oczka” wielu innych smartfonów.

Parę słów o imponderabiliach (ależ to piękne słowo 🙂 ) o których nie można zapomnieć: czujnik odcisków palców, który nie przekonywał mnie w Z5, teraz działa jednostopniowo – nie wymaga wciśnięcia przycisku zeskanowania palca, skanowanie następuje bowiem w momencie wciskania. O ile czujnikom Huaweia wciąż wystawiam ocenę 6, to Sony awansowało u mnie do piątki z plusem. Szkoda tylko, że czujnika nie uświadczymy w modelu XA, ale – well – gdyby niskopółkowcowi dać wszystkie gadżety, zostałby Xperią X 🙂 Ładnie wygląda nieco odświeżony interfejs użytkownika, okrągłe ikony dodały „wiekowej” nakładce sporo świeżości. Bateria – nie będę się rozpływał w zachwytach nad urządzeniem, które nie działa tydzień :), tym niemniej każdy z telefonów bez problemów wytrzymywał cały dzień ze mną, a zaręczam, że jestem wymagającym testerem. No i – last but not least – wodoodporność. Szkoda, że nie ma jej w modelu średnim (w końcu w serii M były odmiany Aqua), no ale czymś trzeba wyróżnić flagowca.

To pierwszy na ChcęTo Blogu multitest i dlatego też nie zdecydowałem się dodawać doń klasycznej dla bloga „pieczątki”, bowiem tak naprawdę musiałoby być ich trzy:

  • Xperia XA to telefon na pewno nie dla każdego. Ja jestem już spaczony flagowcami, ale komuś, kto chce mieć telefon ładny, efektywny, z dobrym aparatem, ale nie wymaga od niego dużo w kwestii wydajności, szczerze bym go polecił
  • Xperię X w zasadzie mógłbym już chcieć. Zdarzają się jej zamyślenia, przede wszystkim przy powrocie do głównego menu, ale to już urządzenie o możliwościach i wszelkich plusach flagowca, acz nieco mniej wydajne
  • Xperia X Performance? Trzy słowa: Chcę. To. Bardzo.

xperiax_ramka