Dzieci z „dobrego domu”, czyli jak to na obozie miało być pięknie

Nie jestem rodzicem roszczeniowym. Nigdy nie byłem. Ale o ile nie będę biegał do szkoły, czy gdziekolwiek, by moje dzieci miały lepiej, by chwytać za rękę ich przeciwników, by pokazywać im, że nawet jak coś się spieprzy, albo się nie chce załatwiać, to zrobi to rodzic. Nie robię tego, bo nie zamierzam wychowywać kaleki. Jeśli jednak mojemu dziecku bez jego winy dzieje się krzywda, budzi się we mnie wściekły LEW!

Rozmawiałem w środę z Młodszym, który spędza miło czas na kolonii zuchowej. A w zasadzie miał miło spędzać czas, bo o ile w sobotę mówił, że jest super, to w środę już płakał mi w słuchawkę, że on chce wracać! Dziecko, które w tym samym miejscu było rok temu i kiedy przyjechaliśmy po nich po 2 tygodniach, stwierdził, że wolałby zostać 🙂 Gościu, który nie miał jeszcze sześciu lat 🙂 A co dzieje się teraz?

  • Bo koledzy w namiocie ciągle przeklinają (zuchy! czyli w wieku 5-8 lat…)
    • „Wiesz co tatusiu, bo oni mówią takie słowa: ruuuuchać, jebać…”
  • Bo mu giną rzeczy (przede wszystkim słodycze, ale nie tylko)
  • Bo ktoś mu zniszczył gumki do włosów
  • Bo ktoś… nasrał w namiocie i winią za to Młodszego!

harcerzeJak już przestałem się wkur… głęboko irytować to zacząłem się zastanawiać. Przede wszystkim nad tym skąd się biorą takie dzieci? Tzn. skąd się biorą dzieci to wiem, ale co musi się dziać w rodzinie, żeby niech już nawet będzie ośmiolatek klął jak szewc, kradł i srał w de facto sypialni? Jakim rodzicem jest ktoś, kto takiego potwora wysyła już za próg własnego domu, że o świecie nie wspomnę, i co z takiego gościa wyrośnie? Przypominają mi się najbardziej medialne przestępstwa ostatnich 20 lat i to jak często, gdy dziennikarz przychodził porozmawiać z sąsiadami sprawcy, słyszał: „A to z takiego dobrego domu dziecko…”. Czy w takim razie wyznacznikiem owego dobrego domu jest kasa, którą tatuś i mamusia przynoszą do domu? Mnóstwo rzeczy i zabawek na które dziecko nie ma czasu, a całym swoim zachowaniem krzyczy wniebogłosy: „W dupie mam te zabawki, chcę WASZEGO ZAINTERESOWANIA!”. Hodować to sobie możemy świnkę morską (bo z psem to na spacery trzeba, a do tego trzeba być w domu) – jeśli będziemy widywać dziecko w krótkich przerwach między robieniem kariery, wpadniemy w szok, gdy szybko okaże się, że uczucia okazuje jedynie na bazie merkantylnej.

I nie, harcerstwo nie zawsze pomoże i trzeba naprawdę wyjątkowego fachowca, potrafiącego odpowiednio dozować marchewkę i kij, by pokazać takiemu młodzieńcowi, że nie jest pępkiem świata. Tym bardziej, że o ile za moich czasów nawet za średnie przegięcie drużynowy potrafił zaordynować „alarm ciężki” i chodzenie cały dzień ze spakowanym plecakiem, tak przecież teraz „nie wolno maltretować dzieci”! W takiej sytuacji efekt powinien być tylko jeden – jeśli nie może zapieprzać, to niech wypieprza. Najpierw „żółta kartka”, a potem karne relegowanie, telefon do rodzica, dzień dobry, proszę zabrać dziecko, bo nie potrafi dostosować się do norm współżycia społecznego. Na to wszystko pozwala regulamin imprezy, zarząd hufca w cuglach wygra w sądzie, do którego być może w walce o wyrwanie swoich „ciężko zarobionych pieniędzy” zwróci się rodzic.

Bo jak widać „dobry dom” nie musi być wyznacznikiem tego, czy ktoś nadaje się do harcerstwa. To trochę tak ja w filmie „Goście, goście” – jeśli brudasów ze średniowiecza przeniesiesz do dzisiejszego świata, nie zaczną nagle się kąpać i prać szat. I stwierdzam to z lekkim przerażeniem, bo z mojego dzieciństwa, gdy wychowywałem się na cieszącym się raczej złą sławą warszawskim Targówku nie przypominam sobie kogoś, kto by się tak zachowywał, ani kogoś, komu zasugerowano by, że harcerstwo nie jest miejscem dla niego. Harcerstwo może dzieciaka utwardzić życiowo (sam na to liczę z moimi), ale tylko wtedy jeśli rodzice dadzą mu jakiś moralny kręgosłup. Inaczej, jak mawiali starożytni: „Na pochyłe drzewo i Salomon nie naleje”. Czy jakoś tak…