BeerLab Rubio – Smaczne Ale z dużym „ale”

Nie jestem blogerem na tyle znanym, by niczym Docent, czy Kopyr dostać próbkę nowiutkiego piwa od browaru. Nie użalam się, luzik – coś tam na koncie jeszcze leży – ale jakoś trzeba było zacząć. A wiadomo było, że w sytuacji, gdy na bogatym jak cholera polskim kraftowym rynku pojawia się browar pozycjonujący się jako ekskluzywny, spróbować trzeba, a Belgian Blonde wydał mi się najciekawszym z trzech styli piwnych od których piwowarzy z podwarszawski Łozisk (nie Łazisk! a brzęczka to ptak! #kmwtw).

Butelka śliczna. Chyba najładniejsza z dostępnych w polskim krafcie. Wszystko czarne, dostojne, miminalistyczne. Jest moc, jest ekskluzywność. Po zrzuceniu kapsla pachnie świeżo, nieco słodkawo, od razu czuć, że Belg, po wyraźnie przyprawowym aromacie. Wręcz zbyt mocnym jak dla mnie, gdy mówimy o Blondzie. Coś jakby pomarańczowo coś się w tle pętało, a piszą, że ma być curacao (człowiek sam nie czuje, jak mu się zrymuje). Treść w szkle wyraźnie mętna, ale nic nie pływa, mimo iż z rozpędu nalałem wszystko.

Smak to przede wszystkim guma balonowa, pierwszy raz poczułem ten deskryptor w piwie aż tak mocno. Taka słodka balonówa, jak Turbo z dziecięcych czasów, aczkolwiek z wyraźną, ostrą przyprawowością. Mam wrażenie, że w ślepym teście nie rozpoznałbym w Rubio blonda, intensywnością kręci mi się wręcz w okolicy tripla. Na lekkie i rześkie piwo to za bardzo.

Nie zmienia to faktu, że pierwszy wywar od Beerlabu z jednej strony mi zasmakował, ale z drugiej… pozostawił lekki niesmak. Z całym szacunkiem dla pracy piwowara i modelu biznesowego firmy, nie miałbym sumienia brać za to piwo 20+ PLN, jak choćby za Mr Hard Rocks i niewiele mniej, niż za Noa Pecan Mud Cake Stout z Omnipollo. Sorry, nie ta klasa. Ale życzę powodzenia, bez cienia ironii.

beerlabrubio_ramka