Garmin NüviCam – W Europę bez niego ani rusz

Dawno, dawno temu, gdy telefony miały jeszcze fizyczne klawiatury i małe monochromatyczne ekraniki, zaś szczytem technologii był SMS, w daleką drogę wyjeżdżało się z atla… nie no, bez jaj, aż tak daleko nie sięgajmy 🙂 Ze specjalnym urządzeniem, dedykowanym jedynie nawigowaniu z punktu A do punktu B, zawierającym odrębnie wgrywane, własne mapy, za update których często trzeba było słono płacić. Teraz tę rolę przejęły smartfony, za co płacimy naszą prywatnością, a urządzenia nawigacyjne wydają się odchodzić do lamusa. A ja nie lubię grzebać przeszłości, dlatego postanowiłem dać szansę urządzeniu Garmin NüviCam – hybrydzie nawigacji i samochodowego rejestratora wideo.

Wyjmując urządzenie z pudełka poważnie się obawiałem, czy nie zasłoni mi pola widzenia i czy aby na pewno utrzyma się na szybie samochodu. Sześciocalowy ekran, ze sporą ramką i zgrubieniem mieszczącym kamerę rejestrującą w rozdzielczości do 1080p to sprzęt dość „krowiasty”, ale na szczęście szybko okazało się, że wszystko dobrze widać. Do szyby przypinamy uchwyt magnetyczny, który z potężną siłą przyciąga do siebie nawigację, dopinamy doń (do uchwytu, nie NüviCama) ładowarkę (trzeba, bateria wystarcza zaledwie na pół godziny) i w drogę. Zapomnijcie o ładowaniu nawigacji ładowarką od telefonu – Garmin w tej kwestii w każdym z testowanych przeze mnie ostatnio urządzeń idzie na przekór i tym razem mamy do czynienia z wtyczką… mini USB. Mini! Nie micro! Co więcej, ładowarka ma na kablu zgrubienie, do której podpinamy malutką antenę GPS, dopinaną do przedniej szyby, dzięki której nasze urządzenie błyskawicznie łapie fixa.

Interfejs użytkownika jest w całości spolszczony, do jakości tłumaczenia nie mam zastrzeżeń. Jeśli po uruchomieniu nawigacji będzie chcieli zaktualizować mapy, zarezerwujcie na to sporo czasu, bo ważą prawie… 8 gigabajtów. Mnie przy użyciu Orange Światłowodu cały proces zajął niewiele ponad pół godziny, ale przy dziesięciokrotnie wolniejszym łączu to może potrwać dość długo.

W boju nawigacja sprawdza się świetnie. Trasę ustala szybko, nawiguje po polsku, nie przesadza z liczbą komunikatów, informuje nie tylko o konieczności skrętu np. w lewo, ale też podaje nazwę ulicy, w przypadku skomplikowanych skrzyżowań ekran dzieli się na dwie części, pokazując nie tylko asystenta pasa ruchu, ale również na zbliżeniu dokładny rysunek drogi, którą musimy pokonać. Trzeba być kompletnym gamoniem, żeby się pomylić. Możliwości wzrastają po połączeniu NüviCama z naszym telefonem – to, że staje się wtedy zestawem głośnomówiącym to małe miki, mnie znacznie bardziej podoba się fakt, że telefon staje się wtedy źródłem uzupełnianych na bieżąco informacji o ruchu na drogach, do których natychmiast dostosowuje się nasza nawigacja, sugerując np. zmianę trasy ze względu na korki, czy wypadek. Ruszając w Europę możemy też ustalić oddzielnie dla każdego „winietowanego” kraju, czy chcemy jeździć po płatnych drogach.

Warto poświęcić też parę zdań kamerze, tym bardziej, że nie jest to li tylko wideorejestrator. Obiektyw, który możemy przemieszczać w płaszczyźnie poziomej, by jak najdokładniej obejmował drogę, wprowadza też do naszego (no dobra, w tym przypadku mojego 🙂 ) już dość wiekowego samochodu funkcje znane z nowoczesnych ekskluzywnych aut – ostrzeżenie przez zbyt krótkim dystansem do poprzedzającego pojazdu oraz przed niekontrolowaną zmianą pasa ruchu. O ile to pierwsze potrafi być upierdliwie, o tyle to drugie może się przydać – kilka lat temu zdarzyło mi się przysnąć wracając z rodziną z Mazur, wtedy obudziła mnie „tarka”, dzieląca drogę od pobocza, która uratowała nam przynajmniej zdrowie, jeśli nie życie. Gdyby jej nie było – byłoby słabo, łagodnie mówiąc… Poza tym oczywiście nagrywa filmy bardzo dobrej jakości, wzbogacając je w informacje o bardzo dokładnej geograficznej lokalizacji i aktualnej prędkości. W razie czego – tfu, tfu – sąd z radością przyjmie.

Bez cienia wątpliwości można kupić taniej wideorejestrator, a nawigować można choćby przy użyciu Google Maps. Powiem więcej – jeśli jeździcie wyłącznie po mieście, to właśnie taki wariant powinniście wybrać. Jeśli jednak robicie rocznie kilkadziesiąt tysięcy kilometrów po Polsce (a jeśli po całej Europie to tym bardziej) warto przyjrzeć się NüviCamowi. Ja zabrałem go na 5000-kilometrową wycieczkę do Włoch, Niemiec i z powrotem. Czy bez niego dałbym radę? Pewnie tak, ale dlaczego nie korzystać z czegoś, co może Ci znacznie ułatwić życie, być może ustrzec przed wypadkiem, a pewnie też pomóc zebrać całkiem fajny materiał zdjęciowy i udowodnić, że nie tylko na polskich drogach jeżdżą idioci? 🙂

GarminNuviCam_rama

  • pm

    BARDZO ciekawe i rzeczowe recenzje. Pełna elokwencja! Szkoda, że wpisów od czytelników niewiele. Nie odpuszczaj „stary” pisania. Ludzie to w końcu docenią.

    • ChceTo

      Dzięki, robię co mogę :), a że w necie testów od groma i wszystkich długie masakrycznie, postanowiłem szukać niszy w zwięzłości. Oby Twoje ostatnie zdanie się spełniło 🙂