La Bella Italia, czyli mój subiektywny włoski alfabet

Przez ostatnie trzy tygodnie na blogu życie się działo pełną parą, podczas, gdy ja zażywałem wywczasów z najbliższymi. Przez 3 tygodnie zrobiłem pod 5 tys. km, co dla niektórych może być pryszczem, dla mnie to jednak kawał drogi, w znacznej większości spędzając czas we Włoszech. Kraju na tyle specyficznym i na tyle często wybieranym przez Polaków (taki przynajmniej wniosek wysnułem z tego, jak często słyszałem tam nasz język), że warto spisać wrażenia, uwagi i porady, z nadzieją, że ktoś, wyjeżdżając po raz pierwszy do słonecznej Italii, zawczasu na nie trafi. Na przykład w popularnej w gazetach sportowych formie alfabetu.

TL;DR – warto jechać do Włoch 🙂

Autostrady. Warto z nich korzystać, choć wydamy na to kupę kasy. Wolałbym zapłacić nawet 30€ za 10-dniową winietę, ale niestety trzeba się liczyć z wydatkami rzędu kilkunastu € za 200 km jazdy. Bezdyskusyjnie znacznie przyspieszają przemieszczanie się po Włoszech, jeśli jedziecie na objazdówkę własnym autem, dodajcie do budżetu 100-150€.

BrudBrud. O ile w centrach miast, przede wszystkim turystycznych, jest OK, o tyle poza nimi – znacznie gorzej niż w Polsce. Walające się po ziemi śmieci to smutny standard.

Bilety wstępu. Co miasto, co zabytek, to inne zasady. Generalnie w zabytkach pod kuratelą państwową osoby do 18. roku życia wchodzą za darmo. Ale np. na kopułę Bazyliki Świętego Piotra moje dzieciaki (6/10) też weszły za free, choć nic nie było napisane. Po prostu trzeba pytać.

Coperto. Włoski fenomen – płacimy restauracji za to, że uczyniła nam zaszczyt, przyjmując w swoje progi. Serio, zazwyczaj doliczają ok. 2€ od osoby do rachunku, warto wziąć to pod uwagę, jeśli nie szastamy kasą na lewo i prawo.

Drogi lokalne. Wąskie, kręte, dziurawe.

Espresso (za 1€). Wypiłem rano w drodze z Rzymu do Neapolu, „trzymało” mnie do ok. 18. Magiczny napój, niczym wywar druida Panoramiksa, w większości przypadków nawet dwa razy taniej, niż w Polsce. Na autostradach jest po 1€, ale np. w centrum Florencji już po 4.

DiTreviFontanna di Trevi. Zobaczywszy ją, nazwałem Rzym „miastem WOW”. Idziesz, domy jak domy, wychodzisz zza winkla i… WOW! Mój ulubiony włoski zabytek, imponująca, monumentalna, przepiękna.

Grazie (Prego, Scusa). Czyli dziękuję, proszę, przepraszam. Te trzy podstawowe słowa warto znać w każdym języku, a Włosi wydają się być przyjemniejsi w obejściu, kiedy usiłujemy mówić po ichniemu.

Hotele. Widywałem ich sporo, w miejscowościach turystycznych wręcz jeden na drugim. Nawet nie zastanawiałem się ile kosztują – we włoskich warunkach korzystanie latem z campingu jest świetnym pomysłem.

Internet. Planujecie kupić starter prepaid z ilomaś_tam_GB_internetu? Też planowałem. Za 2,5 GB w Vodafone chcieli ode mnie 30€. Najsensowniejszą ofertę ma sieć „3”, ale przez 2,5 tygodnia nie byłem w stanie znaleźć ich punktu.

Jedzenie. Drogie jak cholera. W ogóle jest drogo jak cholera, myśleliśmy, że Włoch są tańsze. Co nas mocno zaskoczyło, bardzo trudno jest kupić chleb, a jak już na niego trafimy, to kosztuje z 5 PLN za bochenek. Pizza przepyszna, makarony wbrew pozorom wcale nie takie popularne. Średnia cena Margherity to ok.6€, makaron za poniżej 10€ to już okazja. Dwa normalne zestawy i 2 Happy Meale w McD to koszt. ok. 20 euro.

Kierowcy. Do wyjazdu do Włoch myślałem, że Polacy są najgorszymi kierowcami świata. Nie są. Włosi w znacznej większości mają w dupie przepisy ruchu drogowego, są kompletnymi burakami na drodze. Spróbuj się chwilę zastanawiać, gdzie skręcić, minie góra kilkanaście sekund zanim zostaniesz oślepiony długimi i obtrąbiony, podobnie w sytuacji, gdy jesteś na lewym pasie, a Pan się zbliża, by cię wyprzedzić. No i uważajcie na skutery. Są wszędzie.

Kierunkowskazy. Warte odrębnej pozycji. Mam wrażenie, że samochody na włoski rynek produkowane są bez dźwigni kierunkowskazów, tylko z zaślepkami lamp. Tamtejszy kierowca po prostu nie sygnalizuje zmiany kierunku. Czy to na autostradzie, czy skręcając w boczną drogę w mieście. Zasada ograniczonego zaufania dla Włoch brzmi po prostu: „Uważaj cały czas, expect the unexpected”.

LPG/GPL. Gaz jest na stacjach we Włoszech, choć nie na każdej, jak w Polsce. Uważajcie na ceny – da się kupić w okolicach 0,5€ (najtaniej widziałem za 0,498€), ale generalnie kiedy widzicie za 0,6€, bierzcie, bo za kilometr może być kolejna stacja, gdzie będzie kosztować np. 0,75€. No i tam nie nazywa się LPG, tylko GPL. Dodatkowo nie zawsze go zatankujecie, ale o tym dalej.

MetroMetro. U nas wszystko robi się, żeby było na wypasie, a we Włoszech – żeby działało. To samo jest z rzymskim metrem, którego linia B w dużej części prowadzi na powierzchni ziemi, pociągi są pomalowane brzydkim graffiti (każdy!), a stacje wyglądają jak zapuszczone śmietniki. Ale jeździ. Co więcej – ma stacje tuż koło rzymskich zabytków, np. od stacji Colosseo do wejścia do Koloseum jest chyba ze 200 metrów max.

Nagabywacze. Daleki jestem od ksenofobii, ale naprawdę panowie o oleistym kolorze skóry w centrum Rzymu co krok usiłują wcisnąć nam zimną wodę za 1€ (nie bierzcie, dalej będzie o tym czemu nie warto), a ci o wyjątkowo czarnym – dają za darmo opaski z koralików i proszą o wsparcie dla rodziny w Afryce. Przed wyjazdem warto poćwiczyć asertywność.

Odcinkowy Pomiar Prędkości. Ponoć działa. Wolałem nie próbować. Jest wyraźnie oznaczony na autostradach, coś jakoś „Controlla della Velocita con sistema Tutor”.

Pompeje. Robią wrażenie. Część domów wygląda jakby właściciele wyszli z nich te X lat temu, popiół mocno je zakonserwował. Mega wrażenie robią gipsowe odlewy ciał ofiar. Drogo, ale warto zobaczyć (dzieci do lat 18 😀 za darmo).

Prąd na kempingach. Kupcie trzybolcowy adapter 16A do standardowej wtyczki. Albo nie korzystajcie z prądu 🙂 Na campingach **** da się go kupić w sklepie (dałem 15€).Źródełko

Rożek, czyli jedna z dwóch form w której podawane są we Włoszech lody – można też poprosić w kubeczku. Nie bierze się na kulki, tylko na rozmiary kubków/rożków. Dwie porcje (czyli… mały) to aż nadto. Lody są pyszne, a w weneckiej lodziarni White jadłem najlepsze lody w życiu, co potwierdza również reszta rodziny.

Stacje benzynowe. Jest ich dużo, myślę, że więcej, niż w Polsce, ale bardzo często spotkacie się z tym, że są zamknięte (o tym w następnej pozycji) – całodobowe to chyba tylko na autostradach. O ile na większości stacji zatankujecie wtedy benzynę i diesla, bo gros stacji jest zautomatyzowane, to o gazie zapomnijcie. A to wszystko przez zwyczaj o nazwie…

Siesta. O ile z racji pogody jestem w stanie zrozumieć lokalsów, bo naprawdę przy 35 st. C ciężko egzystować, ale zamykanie klimatyzowanych (!) restauracji, czy też możliwości wyjazdu własnym autem z kempingu (!) już niekoniecznie. No i skoro przez 3h odpoczywają, to potem szaleją do 1-2 w nocy. Spróbuj wtedy zasnąć na kempingu. Tzn. da się, ale trzeba się porządnie zmęczyć – co nie stanowi problemu przy ostrym zwiedzaniu.

Temperatura. Sierpień w Italii to masakra. Wstajesz o 8 rano, bo nagrzał się namiot, a tam już 28-30 st. C. W trakcie dnia spokojnie sięga 34-36 st., by na wieczór spaść nawet o 10. Do 26. Ale co ciekawe, nie jest duszno, jakoś to powietrze inaczej krąży. Tym niemniej gorąca wakacyjna temperatura przekłada się na włoskie… Aha, i uważajcie na temperaturę… silnika w aucie. Przed wyjazdem do Włoch warto upewnić się, czy działa wiatrak chłodnicy.

Urlopy. Włoch w sierpniu jedzie na urlop. Ma w dupie zarobki z potencjalnych turystów, zamyka swoją knajpę, bo urlop rzecz święta. Nie wybaczę Brewdogowi tego, że po całym dniu zwiedzania, śliniąc się na myśl o pysznym piwie, pocałowałem u nich klamkę.

PiazzaSanPietroCitta del Vaticano. Najmniejsze państwo świata, w którym spędziliśmy cały dzień. Bazylika Świętego Piotra robi wrażenie, choć wypełnia ją głośno gadające buractwo z całej Europy. Jak by się ktoś chciał wyspowiadać, to można po polsku, na mszę też wpuszczą, choć zrozumiałem tylko Itte, missa est 🙂 Koniecznie wejdźcie na kopułę Bazyliki. Mega wrażenia i fantastyczne widoki.

Vaporetto, czyli wenecki wodny tramwaj. Pozycja obowiązkowa, Canale Grande to taka Marszałkowska, tylko na wodzie 🙂

Wezuwiusz. To nie jest łatwa wycieczka. Najpierw wjazd autem krętą, bardzo stromą drogą, a potem jeszcze prawie 4 km pod górę, z przewyższeniem ponad 300 metrów. Fachowcy jednak mawiają, że imć wulkan mocno się spóźnia z wybuchem, więc warto odwiedzić go przed. Choćby dla samej, fantastycznej panoramy Neapolu.

Wenecja. Przereklamowana, brzydka, odrapana, z bliska bardzo traci. Ale jeden dzień warto jej poświęcić.

WojskoZabytki. Włochom wyszło na dobre sprzymierzenie się z Hitlerem w latach 1939-1945. Inaczej tych wszystkich cudów mogłoby nie być. Naprawdę jest co oglądać, my byliśmy w Wenecji, Rzymie, Florencji i Pizie, wszędzie jest dużo „wow”.

Żołnierze. Nieodłączny element włoskiego krajobrazu. Na każdej stacji metra, przy każdym zabytku (o dziwo z wyłączeniem Wenecji) przynajmniej dwuosobowe patrole z długą bronią. To nie tymczasowe – obok nich stały auta, gdzie było napisane „Operacja Bezpieczny Kraj” o ile dobrze zrozumiałe. Zdaje się, że taki mamy klimat 🙁

Źródełka. Włochy jak już pisałem są drogie, ale przynajmniej z wodą nie ma problemu. W Rzymie, Pompejach i Florencji bez problemu można znaleźć źródełka krystalicznie czystej, zimnej wody, którą absolutnie za darmo możemy napełnić butelki. W tej temperaturze to naprawdę może decydować jeśli nie o życiu, to przynajmniej o zdrowiu. No i o kasie, której nie musimy płacić nagabywaczom.