Samsung Galaxy Note 7 – Ekran piękny, bateria nie wybuchała

Mam mieszane uczucia. Trochę robię sobie jaja, tym niemniej test Samsung Galaxy Note 7 po raz kolejny przypomniał mi dylemat, czy ja w końcu lubię duże telefony, czy nie? Ostatnio miałem wrażenie, że rozmiar optymalny (telefonu, świntuchy 🙂 ) to dla mnie 5, może 5,2″. Tymczasem 3 tygodnie z Note 7 znów zachwiały tym przekonaniem, bowiem 5,7 cala nowego fabletu Koreańczyków wcale nie przeszkadzało w codziennym użytkowaniu.

Być może dlatego, że na bokach Note 7 praktycznie nie ma ramek, a w dotarciu kciukiem w przeciwległy koniec przeszkadza trochę tylko ta na dole. W efekcie telefon wydaje się mniejszy, niż faktycznie jest i nie miałem wrażenia korzystania z rakietki do ping-ponga. No i sam efekt ekranu niejako oplatającego telefon, nieprzerwanie robi na mnie świetne wrażenie. Mimo wszelkich problemów, związanych z ekranem Edge (a w zasadzie jednym, o nim za moment), odpowiada mi korzystanie z zagiętego ekranu. Po 1-2 dniach ulubione telefony, skróty do aplikacji, czy prognozę pogody, wyciągałem wyłącznie na pasku z boku ekranu, a z faktem, że czasami, gdy trzymałem telefon w „łódeczce” w dłoni, odbierał on dotyk bocznej krawędzi (co przeszkadzało np. w zbliżeniu zdjęcia lub uruchomieniu aplikacji) mogłem żyć.

Podczas włoskiego urlopu Note 7 służył mi praktycznie do wszystkiego – przede wszystkim robienia zdjęć, ale też nawigacji, chodzenia po sieci, oglądania filmów, grania, itd. Przez cały ten czas ani razu się nie „zachłysnął”, nie zwolnił, nie pokazał, że wymagam od niego zbyt dużo. Nawet gdy się nagrzewał (stawiałem go przed poważnymi wyzwaniami) nie było mowy o gotowaniu jajek na „pleckach”, które robiły się po prostu nieco cieplejsze. Jeśli miałbym wskazać na jedną z funkcji, które zrobiły na mnie najlepsze wrażenie, byłby to aparat. Nie będę wnikał w kwestie techniczne, bo się na nich nie znam – poprzestanę na analizie trzeciego stopnia, tj. nie wyszło/wyszło brzydkie/wyszło ładne/wyszło WOW. W tym przypadku zdecydowanie mamy do czynienia z tą ostatnią opcją i nie jest to wyłącznie moja opinia – bardzo niewielu ludzi, którym pokazywałem zdjęcia z urlopu, nie pytało: „Ale ładne, czym ty je robiłeś?”. Niewątpliwie do takiej percepcji przyczynił się też ekran – Super AMOLEDy od Samsunga w wersji QHD to jest wzorzec, do którego wszyscy powinni dążyć, a ich legendarna swego czasu „cukierkowość do wyrzygu” już dawno przeszła do historii.

Niesprawiedliwością byłoby jednak oceniać Note 7 tylko przez pryzmat aparatu, „urody” i jakości wykonania. Warto by było wspomnieć choćby o rysiku, który – poza rozmiarem – odróżnia „Nołty” od serii „S”. Na pewno nie kupiłbym telefonu tylko dlań, choćby dlatego, że nie lubię pisać odręcznie, ale trzeba przyznać, że np. do wycinania fragmentów screenshotów, czy zaznaczania ciekawszych elementów na ekranie, się przydaje. Moje dzieci natomiast upodobały sobie przerabianie zdjęć, dorysowywanie wąsów, etc 🙂 Warto zajrzeć dokładnie w ustawienia, gdzie można znaleźć sporo ciekawych nie wiedzieć czemu głęboko schowanych opcji, jak np. wbudowany w oprogramowanie filtr światła niebieskiego (i nie trzeba już instalować nic więcej, by dbać o sen), specjalne funkcje dla graczy (po ich uruchomieniu m.in. powiadomienia nie zatrzymają nam gry, będziemy też mogli wywołać pływający przycisk z najbardziej potrzebnymi opcjami), czy też – to dla mnie fenomen, spotkałem się z tym pierwszy raz – filtr… płaczu dziecka i dzwonka do drzwi, który obudzi nas nawet, gdy wyciszymy telefon.

Kurde, gdyby ten telefon nie był tak potwornie drogi, to może nawet bym go chciał? W moim egzemplarzu bateria nie wybuchała 😉 i choć wyładowywała się dość szybko, dzięki funkcji Quick Charge równie szybko wracała do formy. Piękny wygląd, wielki idealnie szczegółowy ekran bez marnotrawstwa miejsca, mnogość imponderabiliów, które powodują, że gdy tylko pomyślimy o kolejnej funkcji, która by się nam może przydała, ona… już tu jest, do tego świetny aparat. Tylko ta cena…

Note7