Galaxy Gear 360 – Magiczna kula, czyli zdjęcia z urlopu całkiem po nowemu

Pamiętam jeszcze czasy, gdy posiadacz aparatu fotograficznego miał poważanie na dzielni. Kiedy pod choinką znalazłem Smienę 8M, myślałem, że zsikam się ze szczęścia, a chwile, spędzane w ciemni mojego brata przy wywoływaniu zdjęć, pamiętam do dziś…

Nie macie wrażenia, że rozwój technologii odebrał fotografii pierwiastek magii? Jasne, wiem, że teraz jest łatwiej, szybciej, dzięki smartfonom bariera wejścia w fotografię ma w sobie coś z doktora Kupelweisera (#gimbynieznajo) – nie istnieje. Skoro zatem – o czym zresztą regularnie piszę – rozwoju technologii nie powstrzymamy, dlaczego by nie spróbować pójść kawałek dalej? Wpadłem na ten pomysł przed wyjazdem na urlop i dzięki uprzejmości Samsung Polska mogłem sprawdzić, jak wygląda kolejny krok w dziedzinie fotografii, czyli zdjęcia 360 stopni.

Samsung Gear 360, bo z tej kamery miałem przyjemność korzystać, to futurystycznie wyglądająca kula – gdybym ją założył na głowę, to wyglądałbym jak auto Google Maps 🙂 Można oczywiście używać samej kuli, wygodniej korzysta się jednak z dołączonego do kamery małego „kijka”, który można rozłożyć w trójnóg. Nie wyobrażam sobie korzystania z kamery bez niego – albo trzymając zań podnosimy kulę jak najwyżej, bądź też rozstawiamy trójnóg, stawiamy urządzenie w odpowiednim miejscu i robimy zdjęcie.

Korzystanie z urządzenia jest trywialnie proste. Możemy to robić nawet bez telefonu, bowiem menu dostępne jest na malutkim wyświetlaczu na szczycie kamery, obsługiwanej trzema przyciskami. Wybieramy, czy chcemy robić zdjęcia, czy filmy (zwykłe, zapętlone, lub timelapse) oraz czas, po którym uruchomi się migawka. Potem wystarczy wcisnąć guzik, ustawić kamerę i po wybranych czasie uruchomi się kamera lub zrobi zdjęcie. Wygląd Gear 360 i fakt braku flasha (światło f/2.0 w większości przypadków daje radę) pomagają, gdy chcemy uwiecznić miejsce, gdzie teoretycznie zdjęć robić nie wolno – facet podnoszący na 3 sekundy nad głowę kulę wygląda mnie podejrzanie, niż usiłujący złapać kadr komórką.

A to przede wszystkim dlatego, że z aparatem 360 stopni nie musimy łapać kadry. Umieszczone po dwóch stronach kuli szerokokątne kamery zachodzą na siebie kątem widzenia, w efekcie tworząc w pełni panoramiczny obraz, idealnie nie jest, bowiem wyraźnie widać miejsce, w którym obrazu się łączą, ale z drugiej strony przeszkadza to tylko, gdy specjalnie tego miejsca szukamy. Nie wiem jak Wy, ale ja zdjęcia z urlopu robię po to, by ten urlop wspominać, a nie szukać miejsc, w których nie wyszły.

A wychodzą naprawdę bardzo fajnie, przy założeniu, że zdjęcia 4K (w zasadzie podwójne 4K – taką rozdzielczość ma każda z kamer – z „zakładką”) oglądamy je na telefonie 4K (mam przyjemność korzystać z Alcatela Idol 4S). Jakościowo nie wyrywają z butów, ale też absolutnie nie ma mowy o pikselozie. Jak dla mnie są takie, jak otaczający mnie wtedy świat – gdyby były cukierkowo cudowne, oznaczałoby to, że brakuje im realizmu, prawdziwy świat też bywa ziarnisty.

Minusy? Na pewno nieporęczność, to nie jest kamera, którą schowamy do kieszeni spodni – trzeba ją nosić w plecaku albo trzymać bez przerwy w ręku. Na pewno sporą niewygodę stanowi fakt jej kompatybilności wyłącznie z Galaxy S6 i w górę oraz Note 5 i 7. Z Geara 360 da się co prawda korzystać bez telefonu, ale wtedy nie mamy możliwości analizy kadru, który obejmuje kamera, czy jej zdalnego uruchomienia (gdy wcześniej np. schowamy się za winkiel, bo nie chcemy znaleźć się na zdjęciu). Wbrew pozorom te funkcje bywają dość przydatne. Nie będziemy też mogli wybrać możliwości fotografowania jedną z dwóch kamer, aczkolwiek w tym akurat wielkiego sensu nie upatruję (skoro kupuję kamerę 360 to po co mi zdjęcia 180?). Warto też wspomnieć, że Gear 360 jest odporna na kurz i zachlapanie (norma IP53, więc w wodzie bym jej raczej nie mył) i – jak się okazało podczas urlopu – również na wstrząsy, bowiem czterokrotnie upadła mi z wysokości ponad metra na beton. Na szczęście wtedy była schowana w dołączony do zestawu futerał z dość twardego pluszopodobnego materiału, który musiał zapewne przyjąć na siebie większość impetu uderzenia.

Przeglądając około setki zdjęć i filmów, które zrobiłem przez dwa i pół tygodnia mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć, że wzięcie tego urządzenia na zwiedzanie włoskich zabytków było świetnym pomysłem. Co ciekawe, mógłbym nawet zapomnieć ładowarki (standardowe microUSB), bowiem bateria zaczęła błagać o uzupełnienie dopiero ostatniego dnia. 360 stopni to dla mnie przyszłość fotografii „domowej” – o ile w przypadku mediów wciąż mam wrażenie, że „trzystasześćdziesiątki” byłyby przerostem formy nad treścią, to przy takich fotografiach wspomnienia z wakacji wracają błyskawicznie i ze zdwojoną siłą. Jeśli macie na czym oglądać zdjęcia 360 (przeglądanie ich na telefonie mija się z celem) to bez wątpienia warto zainteresować się Gearem 360, ew. innymi tego typu kamerami, pod warunkiem, że robią zdjęcia przynajmniej w rozdzielczości 4K.

A jeśli chcecie spojrzeć na kilka fotek, zerknijcie na Facebookowy fanpage bloga.

gear360_ramka