Być jak pułkownik Carillo, czyli zło złem w imię dobra zwyciężaj?

carilloJestem w połowie 2. sezonu Narcos – jakoś wcześniej nie było czasu, a teraz chcę nadrobić przed tym, jak zaczną się sezonu jesiennych seriali. Jest świetnie, ponoć potem będzie jeszcze lepiej, ale już teraz w moim mózgu zaczęły się intrygujące procesy myślowe.

Uwaga: będą spoilery z 2. sezonu Narcos. Nie to, że Pablo nie żyje, bo o tym wie każdy 🙂 Inne będą.

Na pewno nie jesteśmy w stanie zrozumieć realiów, w których przyszło żyć członkom Search Blocu, polującym na największego sku**iela w historii Kolumbii. Oglądając Narcos po raz pierwszy spotkałem się z sytuacją, gdy policjant wychodząc z domu (czy raczej z koszarów) nie wie, czy w ogóle do nich wróci, a bliskie spotkania z przestępcami przypominają sceny z Powstania Warszawskiego. I w tym wszystkim nie wyróżniający się żadnym blichtrem pułkownik Carillo, dowódca tego całego pier**lnika, który jest tym lepszym typem wodza, krzyczącym „za mną”, a nie „naprzód”, uprzednio schowawszy się za biurko.

Zawsze mam mieszane uczucie, czytając o stosowaniu przez siły bezpieczeństwa tortur. Jako Polakowi ten sposób perswazji zawsze będzie mi się nieodparcie kojarzył z nazistowskim Gestapo, a to nigdy nie będzie dobre skojarzenie. Z drugiej jednak strony kolumbijskie władze usiłowały zwyciężyć zło dobrem, traktując Escobara jak każdego innego przestępcę. A ten, w myśl zasady: „Skoro wy chcieliście wydymać Freda, to teraz Fred wydyma was!” zbudował sobie La Catedral.

Do jakiego stopnia cel uświęca środki? Czy w pogoni za człowiekiem, który jednoosobowo, tylko swoimi decyzjami, może rozpieprzyć niemal 50-milionowy kraj, spychając go do kotła kontrolowanej przez siebie anarchii, można zrobić wszystko? Nigdy nie chciałbym być w skórze Carillo (tak, wiem – to postać fikcyjna, ale oparta na faktycznym, żyjącym bohaterze wojny z Escobarem), ale jedno jest pewne – żeby cynicznie strzelić w głowę pracującemu dla wroga nastolatkowi, trzeba mieć jaja… kurde, nie ze stali, tylko z czarnej dziury chyba. Tak jak nie potrafiłem jednoznacznie oceniać Dextera Morgana, tak nie potrafię powiedzieć, że decyzje Carillo niosły za sobą zło. Ta druga, podjęta niewiele później, o wyrzuceniu ze śmigłowca kilkaset metrów w dół dwóch ważnych sicarios była po prostu głupia – gdyby jeden z nich przeżył, mógłby opowiedzieć Escobarowi, że jego przeciwnik się w tańcu nie pier**li. Tej roli, notabene świetnie zagranej przez Maurice’a Compte, nie da się w żaden sposób jednoznacznie przyporządkować. Gdy zastanawiałem się nad tym, co musiało przebiegać przez myśli pierwowzoru bohatera, doszedłem do chyba najtrafniejszego wniosku – by pokonać Szatana, sam musisz zejść do piekła, by móc go zrozumieć, musisz myśleć tak, jak on. Dlatego dla mnie w połowie 2 sezonu tego świetnego serialu to Horacio Carillo jest największym bohaterem, bowiem poświęcił dla 47 milionów Kolumbijczyków nie tylko swoje życie, ale także – a może przede wszystkim – swoje człowieczeństwo. I wierzę, że kiedy niedługo po nim do piekła trafił Pablo Escobar, pierwowzór filmowego Carillo miał okazję mu się zrewanżować.