Pinta Kloning – Podstępnie zagęszczony

Ostatnio podczas dwudniowego wyjazdu do Krakowa wieczorem pierwszego dnia udałem się na krótki obchód tamtejszych wielokranów. Absolutnie bez przegięć, następnego dnia czekała mnie prezentacja, więc – ku mojemu zaskoczeniu – udało mi się zgodnie z planem poprzestać na czterech miejscówkach i czterech piwach. Ku mojemu – po raz wtóry – zaskoczeniu królem polowania wcale nie okazał się RIS, wypity w MultiQlti, ale trunek, który spożyłem w poprzedniej lokalizacji, Viva La Pinta.

Na wrześniową Pintę Miesiąca czaiłem się od razu, gdy o niej przeczytałem, aczkolwiek odczuwałem pewne obawy. O ile bowiem jestem wielkim łasuchem, to jednak obawiałem się, że chłopaki przegną z syropem klonowym i efekt będzie zbyt słodki. Wąchając – niestety, ze szkła do dyspozycji był shaker lub shaker, ewentualnie shaker, jak dla mnie to siara w firmowej knajpie prekursorów piwnej rewolucji – nie poczułem nut charakterystyczny dla porteru, ale z drugiej strony też nie spodziewałem się ich przesadnie wielu, biorąc pod uwagę, że mówimy o wywarze lekkim, niewiele ponad 13 BLG. Miałem już kiedyś styczność z syropem klonowym i od razu wyczułem, że to on zdominował „nos”. Już w zapachu było gęsto i lepko. W smaku natomiast – chwała piwnym bogom! – bez przegięcia. Goryczka i delikatna – nie wiem, cholera, czy to cierpkość, trochę jakbym czuł… korę drzewa, subtelnie skontrowane syropem. Mam wrażenie, że było go naprawdę sporo, bo słodycz jest wyraźna, bardzo charakterystyczna, ale udało się nie zdominować nią smaku całego piwa. Trunek jest wyraźnie słodki, ale nie wywołał we mnie odczucia ciężkości, mimo słodyczy okazując się zaskakująco pijalny. Mógłbym go łoić litrami, taki sesyjny słodki porterek, który zyskał poczucie pełni dzięki klonowemu podstępowi.

Mniam.

PS: Ale szkoda, że z shakera 😉

kloning_ramka