Garmin Vivoactive – Brzydki przyjaciel na zawsze

Każdy albo prawie każdy z nas miał (lub ma) za czasów swojej szkolnej kariery kogoś takiego. Przyjaciela (płeć nieistotna, nie o tym ma być), z którym może niekoniecznie można się było gdzieś pokazać, miał jakąś przywarę (w urodzie, zachowanie, czy czymś innym), ale jednego można było być pewnym – zawsze mogliście na niego liczyć, zawsze pomagał Wam z całego serca jak tylko umiał i nigdy Was nie zawiódł. Ten przydługi jak ChcęTo Bloga wstęp wziął się z tego, że dokładnie z tym skojarzył mi się zegarek Garmin Vivoactive.

Swego czasu, kiedy zaczynałem biegać, zastanawiałem się nad wyborem zegarka z GPS. Zrezygnowałem z tego, bo wybór był między brzydkimi i brzydkimi, więc wziąłem klasycznego okrągłego Forerunnera 50, z footpodem, który notabene w miejskiej dżungli okazał się być znacznie lepszy od GPSa, bo nie miał zasięgu, który mógłby gubić.

Vivoactive różni się od mojego FR50 przynajmniej dwoma rzeczami. Ma GPSa i jest brzydki. O ile w drugiej kwestii nic nie poradzimy, to w pierwszej możemy jeszcze jakoś sobie poradzić, bowiem zegarek można połączyć z footpodem (dzięki obsłudze dodatków w standardzie ANT+). Dodajmy do tego jeszcze wbudowany akcelerometr, pomagający odpowiednio zanalizować ćwiczenia na bieżni i o pomyłce w dystansie mowy raczej nie będzie. Inna sprawa, że GPS łapie fixa błyskawicznie i przy ćwiczeniach na zewnątrz nie zdarzały mu się odchyły. No i oczywiście ekranem – czarno-białych już chyba nie robią, a ten dodatkowo jeszcze bardzo dobrze radzi sobie niezależnie od natężenia światła, zarówno zewnętrznego jak i wewnętrznego. Może można by się było przyczepić do lekkiej pikselozy, ale bez jaj – to nie smartfon.

Cała reszta to standard dla najnowszych Garminów. Możliwość zainstalowania dodatkowych aplikacji (przy użyciu aplikacji na smartfonie), zmiana wyglądu tarczy, widżety, no i bateria. Nie byle jaka bateria, bowiem przy używaniu urządzenia wyłącznie w trybu smartwatcha (ma zaimplementowaną obsługę powiadomień, choć nie pełną – nie mogę np. ściągać informacji z Google Inbox) nie byłem w stanie wycisnąć z niej soków do cna w ciągu dwóch tygodni! Oczywiście sytuacja zmienia się, gdy korzystamy z GPS, ale wciąż jest re-we-la-cyj-nie. Szkoda tylko, że nie dość, że urządzenia nie da się naładować standardowo przez micro USB to jeszcze mam wrażenie, że ta ładowarka jest inna niż te, używane do innych zegarków Garmina.

Świetne urządzenie i na dodatek wodoodporne, dzięki czemu możemy na nim logować również treningi pływackie. Nie trzeba ich potem wrzucać na Endomondo – wystarczy skonfigurować aplikację, by w momencie ponownego połączenia ze smartfonem trening automagicznie znalazł się na Endo. Do garnituru wstydziłbym się go założyć, ale z drugiej strony – od kiedy biegamy w garniturach? Jestem wielkim fanem Garmina i jestem zdania, że jeśli ktoś po raz pierwszy zakochał się w tych urządzeniach, to już ich nie zdradzi. Jak najlepszego przyjaciela, niezależnie od tego jak wygląda.

garmin_vivofit_ramka