Toccalmatto Sugar Kane – Nie wszystko pyszne, co kosztuje fortunę

Napaliłem się na to piwo jak szczerbaty na suchary. Lubię barley wine’y, uwielbiam piwa leżakowane w beczkach, „kupiłem” pasję, z jaką podczas wizyty w Toccalmatto oprowadzał mnie Mateo Milan, główny piwowar „Browaru Świrów”. Dlatego, mimo kosmicznej ceny 16€ (więcej, niż Westvleteren XII, czy Bomb z Prairie Artisan) zdecydowałem się zdjąć z półki coś, czego nazwa i opis brzmiały cudownie: „Barley wine z trzciną cukrową leżakowane w beczkach po rumie z Trynidadu i Tobago”. No sami przyznacie 🙂

Trzymałem to piwo na specjalną okazję i 1 listopada pomyślałem, że zacny to trunek, by wspominać przy nim najbliższych zmarłych. Otwieram – ze sporym trudem, wypustki na szyjce specjalnej, niestandardowej butelki nie ułatwiają sprawy – i… WOW. Ależ. To. Pachnie. Rum, rodzynki, autentycznie w każdym niuchu było czuć KARAIBY! Piękna sprawa, weźmy zatem łyka… TFU!!! To miał być barley wine, gdzie pełnia smaku, gdzie oleistość, gdzie owoce, gdzie przynajmniej tchnięcie słodyczy, skoro wszystko przykrywa ten cholerny kwas! Jakbym chciał dzikusa, to bym kupił dzikusa, a za każdym łykiem tego piwa miałem wrażenie, że bretty opanowały je niczym GROM platformy wiertnicze w Umm Kasr. Natychmiast, doszczętnie i bez litości. Szkoda tylko, że ofiarą są moje kubki smakowe, a i portfel swoje odczuł.

To zapewne nie jest złe piwo, podejrzewam, że niejeden brett-head padłby przed nim na kolana. To jednak miał być barley wine, barley wine’a się spodziewałem, za barley wine’a zapłaciłem, a dostałem piwo, które kompletnie go nie przypomina. Mam nauczkę i Wam też radzę, by ją wyciągnąć – jeśli kupujecie piwo z kategorii Premium, warto dopytać, co nas tak naprawdę czeka. Ja fanem brettów nie jestem, i tak jak uwielbiam kolesi z Toccalmatto i ich pasję, to piwo okazało się kompletnym pudłem.

sugarkane_ramka