Apple iPhone 7 Plus – Telefon z dylematem

Muszę chyba wchodzić pod stół i szczekać. W gruncie rzeczy można by rzec, że to musiało się prędzej, czy później stać, ale te słowa i tak z trudem przechodzą mi zarówno przez gardło, jak i przez palce.

Podoba. Mi. Się…

………. eeeeeeeeeee ………. yyyyyyyyy …………..

iPhone!

Dobry, żarty żartami, ale iPhone 7 Plus, bo to o nim mowa, to słuchawka, którą nawet taki… no kurde, nie hejter, raczej „antyfan” Apple’a docenić musi. To nawet nie chodzi o to, że ja generycznie odrzucam produkty z jabłkiem, po prostu mierzi mnie chamski marketing z Cupertino i zachowania „wyznawców”, bo taką kulturę buduje wokół siebie marka. Sam telefon – prawda nie chce być inna – urywa dupę. Począwszy od piątej iteracji iPhone’y wreszcie zaczęły mi się podobać. To już nie tylko dbałość o szczegóły do wyrzygu i pierwszorzędne materiały, ale też w końcu ekrany o normalnej wielkości, a nie dla krasnali. Choć akurat siódemka w wersji z plusem nawet jak dla mnie jest nieco zbyt duża. Mam wrażenie, że konkurencja przy ekranie 5,5 cala potrafiła zrobić urządzenia mniejsze, aczkolwiek to nie jest problem, zawsze można kupić zwykłą siódemkę. Wyświetlacz wreszcie Full HD (Apple przez lata robiła ekrany o jakichś dziwnych rozdzielczość, a fanboje osiągali orgazmy mówiąc „Rrrrettinnnaaaa!”) – szczerze powiem, że widywałem lepsze, aczkolwiek na pewno znacznie więcej gorszych. Jest wyraźnie, jest ostro, ale żeby od razu szaleństwo?

Przede wszystkim jednak wrażenie robi szybkość działania. Generyczne benchmarki to oczywiście zazwyczaj nie są do końca miarodajne, ale niemal 190 tysięcy punktów robi wielkie wrażenie. Szczególnie, kiedy faktycznie nie ma możliwości, żeby cokolwiek się przycięło, a nawet na chwilę zachłysnęło. Tutaj, jako sympatyk Androida, mogę zazdrościć użytkownikom zamkniętych systemów, gdzie nie ma mowy o fragmentacji, o różnych konfiguracjach. Na pokładzie telefonu z jabłkiem wszystko ma działać tak samo, nawet jeśli otworzymy fafdziesiąt aplikacji. I tak właśnie jest.

Jednym z głównych wyróżników iPhone’a 7 Plus miał być aparat, a w zasadzie dwa aparaty. Przyznam się, że w tej sytuacji zachowałem jak najklasyczniejszy, najnormalniejszy użytkownik, nie czytając specyfikacji, po prostu z niego korzystałem. Niczego nie porównywałem, nie przestawiałem, jak kompletnie standardowy user idiotenkamery. No i chyba faktycznie to jeden z najlepszych aparatów. Ładne kolory, żadnych szumów, artefaktów, problemów z ustawianiem ostrości, wyraźne zdjęcia nawet w nocy przy odrobinie światła. Jest moc.

A najciekawsze jest to, że to urządzenie napędza bateria, którą w świecie Androida wyśmialibyśmy w przedbiegach. 2900 mAh? To chyba do smartwatcha! A tymczasem iPhone, który przez 2 tygodnie był moim głównym telefonem, ze wszystkim tego (dla mnie i dla niego) konsekwencjami przed podłączeniem do ładowarki po 15 godzinach pracy potrafił jeszcze mieć nawet w okolicach 40% ogniwa. Wow.

Tak naprawdę jedynym minusem tego telefonu jest dla mnie… nie, nie brak mini-jacka 🙂 Shitstorm rozpętany wokół tej zmiany był przekomiczny, bo: 1) mam wrażenie, że gniazdko i tak by się zmieściło, bo telefon nie jest wcale przerażająco chudy, a 2) i tak korzystam ze słuchawek na Bluetooth. Jedynym minusem tego i wszystkich innych iPhone’ów jest dla mnie to, co dla wielu jest olbrzymim plusem i dlatego znalazło się w obu pozycjach w podsumowaniu. No nie trawię iOSa po prostu i tyle. Ja jestem przyzwyczajony do możliwości dowolnego konfigurowania widżetów, na wszystkich ekranach, a nie na jednym, a ikony obok siebie mam przy wejściu do menu. Zdaję sobie też jednak sprawę nie tylko z plusów, ale i z ograniczeń otwartego systemu i niestety jestem świadom, że z Androidem na pokładzie to urządzenie mnóstwo by straciło.

Mam cholerny dylemat. To pierwszy telefon, którego jednocześnie chcę i nie chcę. Lepszego komplementu produkt Apple’a ode mnie dostać nie mógł.

iphone7plus_ramka