Fitbit Charge HR – Wszystko super, ale gdzie Endomondo?

Dziś parę słów o gadżecie wyjątkowym, a to dlatego, że nie dostałem go do testów, ale… wygrałem na konferencji, w losowaniu wrzuconych do michy wizytówek. Prezentodawcy ucieszyli się od razu, zobaczywszy, że jestem idealnym kandydatem na testy akurat tego urządzenia, bowiem na lewej ręce nosiłem wtedy Garmina Vivoactive, a na prawej – Smartband od Sony. Czym różni się od nich bohater dzisiejszego wpisu, Fitbit Charge HR?

Przede wszystkim „HR”, czyli umieszczonym na spodzie czujnikiem pulsu. Podczas ćwiczeń fizycznych (opaska rozpoznaje kiedy ćwiczymy, choć logowanie biegu, czy jazdy na rowerze możemy również włączyć ręcznie) zapisuje uderzenia serca w każdej sekundzie, zaś podczas normalnej egzystencji – co 5 sekund. Jeśli chcemy zerknąć jak akurat sprawuje się nasza pikawa, wystarczy wcisnąć trzykrotnie jedyny guzik na obudowie i poczekać ok. 3 sekund. Szkoda tylko, że wyniki pomiarów możemy obejrzeć tylko w – notabene bardzo ładnej i funkcjonalnej – aplikacji. Eksport do Endomondo? Zapomnij. Wpisz ręcznie, ale to chyba nie o to chodzi. Jestem w stanie nawet przeżyć kolejną odrębną ładowarkę (to jakaś mania w fitness trackerach), nawet to, że guma we wzorki łatwo się brudzi. Do codziennego użytku Fitbit Charge HR to bardzo przyjemne, nie rzucające się w oczy urządzenie, które pokaże nam godzinę, datę, pozwoli ustawić cichy alarm (pierwszy, który budzi mnie, ale nie moją żonę!), które zadziała aż 5 dni (a o tym, że kończy się bateria, poinformuje… mailem), synchronizując się nie tylko z urządzeniami mobilnymi, ale nawet z pecetem (dongle USB w zestawie). Ale jeśli należymy do tych, którzy każdą aktywność fizyczną lubią mieć zapisaną i przeliczoną, to chyba trzeba pomyśleć o innym fitness trackerze. Mam parę pomysłów, przejrzyjcie teksty o gadżetach parę tygodni wstecz 🙂

fitbitchargehr_ramka