Brewdog AB:20 – Ambrozja to za mało

Choć od momentu, gdy zostałem beer geekiem jestem w stanie zrozumieć, że 2, a nawet 4 złote to nie jest odpowiednia cena za dobre piwo, sytuacja, gdy płacę za trunek było nie było do jednorazowego wypicia ponad 30 PLN wciąż jest dla mnie rzadkością. Czasami jednak zdarzają się okazję, gdy można sięgnąć po wywar z najwyższej półki. Na szczęście tylko raz spotkałem się z tym, że jakość nie szła w parze z ceną, więc gdy nadarzyła się okazja, podjąłem kolejne ryzyko (no dobra, nie ja płaciłem, ale nie chciałem zawieść „sponsora”). Założyłem, że w przypadku Brewdoga, bo to w stołecznym multitapie Ojców Kraftu poprosiłem barmana o sięgnięcie do lodówki, na pewno się nie zawiodę. Och jak ja bardzo miałem rację! 

Brewdog określa serię Abstrakt jako „bardziej sztuka, niż piwo”. Warzone tylko raz w roku w bardzo limitowanych ilościach, przekraczające granice i mieszające w niespotykany dotychczas sposób piwne style, nazywane wyłącznie skrótem AB i numerem warki. Przez pierwsze 5 edycji na rynku pojawiało się poniżej 5 tysięcy butelek, do AB:14 włącznie ok. 10 tysięcy, a dopiero od bohatera dzisiejszego wpisu, AB:20, piwo stało się nieco bardziej dostępne, bowiem w tym przypadku do rąk beer geeków trafiło aż 45 800 butelek. Rzecz jasna biorąc pod uwagę cały świat, to wciąż niewiele, tym niemniej mówimy już o piwie realnym do kupienia, za może nie małe, ale na pewno akceptowalne pieniądze (w stołecznym Piwomaniaku kilka dni temu było za 62,5 PLN, to które piłem, kosztowało 70). Co ciekawe, mimo legendarnej renomy do AB:20 podszedłem ze sporą dozą ostrożności, bowiem na ostatnim WFP piłem AB:21 i koszmarnie się zawiodłem, bowiem lukrecja zamordowała to piwo, czyniąc je ledwo pijalnym. Ale nic to, raz kozie śmierć – bierzemy 0,375l, barman rozlewa na dwóch, czekamy aż się nieco ogrzeje i…

…już po zapachu wiedziałem, że będzie lepiej. ZNACZNIE lepiej. 

Kwiaty. Nie wiem czemu, ale przede wszystkim w zapachu poczułem łąkę, a może raczej ul, bo z jednej strony mnóstwo różnych kwiatów – to nie był jeden zapach – ale też charakterystyczne dla barley wine słodycz i ciało. Potem dochodzą czerwone owoce, europejskie – coś jak winogrona? – karmel, ale dosłownie muśnięcie świeżego karmelu. Do tego inny słodki bardzo subtelny zapach, który – na co wpadłem następnego dnia – musiał być mlecznością.

Smak? Absolutny beergasm. Nie przesadzałbym może z płynnym tiramisu, jak samo piwo określają jego twórcy, ale zdecydowanie ani nie jest to barley wine, ani RIS. Akcenty smakowe zdecydowanie przesunięte są na BW i myślę, że dodatek RISa do ostatecznej wersji wywaru to kilkanaście procent, max 1/4 całości (ale to byłoby chyba za dużo). Trochę jak świetny barley wine, ze świeżo zrobionym karmelem (w smaku oczywiście), dodanymi kwiatkami (właśnie kwiatkami, bo ta słodycz jest taka delikatna kwiatowa, współgra z zapachem, nie jest ulepkowa, choć piwo oczywiśćie jest likierowo gęste), na wierzchu tylko pomalowany RISem, niczym mięso do smażenia. To wszystko powoduje, że nie mam do czynienia z BW ostrym i ciężkim, a takim subtelnym delikatnym, no kurde właśnie takim „mlecznawo-kawowawym” 😉 Wiem, strasznie karkołomne to określenie, ale smak AB:20 wymyka się wszelkim słownym frazesom i jest ciężki do opisywania. To piwo, mimo bardzo wysokiej ceny, trzeba po prostu wypić, żeby zrozumieć, o co mi chodziło. Zaręczam Wam, że to będzie niesamowite przeżycie. Greccy bogowie pili ambrozję – kurde, mam wrażenie, że ambrozja wypadłaby przy tym piwie jak korpolager…

No i w efekcie mam kolejny wstrząs na moim prywatnym piwnym podium i to poważny. Przemyślałem bowiem sprawę w ostatnich dniach i doszedłem do wniosku, że mój Top nie jest miejscem na piwa pędzone na sztucznych aromatach tak więc – mimo niewątpliwych walorów smakowych – żegnamy Mud Cake Stout. A na pierwszym miejscu witamy AB:20. Długo może stąd nie wypaść.

  1. Brewdog Abstrakt AB:20
  2. Kormoran Imperium Prunum 2016
  3. De Molen Weer&Wind Bourbon BA
  4. Westvleteren XII