Łotr 1, czyli jest dobrze, ale wcale nie wesoło

Zastanawiałem się przez cały weekend, czy by przypadkiem nie napisać o prawdziwym, a nie filmowym Łotrze z nr 1, ale doszedłem do wniosku, że nie warto. I tak wszyscy przenicowali już tematykę z lewa na prawo i z góry do dołu, poza tym dyskusje o polityce w dzisiejszych czasach niczego dobrego nie przynoszą. Jestem zbyt – dobra, kurde, jesteśmy potwornie spolaryzowanym narodem, nierzadko długoletnich przyjaciół dzielą właśnie poglądy polityczne, szkoda nerwów, by robić to jeszcze w ramach hobby. Wracamy więc do punktu wyjścia i powrotu, a zarazem debiutu Gwiezdnych Wojen na kinowych ekranach.

[bez obaw, nie ma spoilerów]

Bałem się o ten film, z tego samego powodu, z którego nie zdecydowałem się pójść na „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”. Tak jak „Harry bez Harry’ego to nie Harry” tak samo nie mógłbym… a nie, czekajcie. Przecież na trailerach było widać, że jedna z kluczowych postaci wróci i choćby dla niej (wdeeech… wyyyydechhhh… hrrrrr… hyyyyy…) było warto.

„Powiedzcie coś, ale nie za dużo! Jak jest, lepiej niż w głównej serii? Gorzej?” – takie pytania słyszałem, wychodząc ze środowego seansu. Otóż ani tak, ani tak. Jest po prostu kompletnie inaczej. Siedem części głównego nurtu, mimo iż każda (nawet trylogia prequeli) wciągała mnie bez reszty, to jednak bajka. Taka z wyraźnie zarysowanymi dobrem i złem, czernią i bielą, z wyraźnym morałem, do pokazywania dzieciom – no bo kim w końcu byliśmy łapiąc fazę na Gwiezdne Wojny.

A jak jest w Łotrze? Owszem, chwilami jest nudno i przegadanie, chwilami cukierkowo, nawet CGI jest nierówne, bo w jednym miejscu genialne, a w drugim wygląda jakby mój syn na plastyce w II klasie rysował. Ale jest też wielkie poświęcenie mimo poczucia beznadziei, kojarzące mi się z Termopilami albo wręcz (tu pewnie niektórzy mnie mentalnie ukrzyżują) z Powstaniem Warszawskim. Jednoznaczność? Nie tutaj. Tutaj jednoznaczną postacią jest wyłącznie Lord Vader, sceny z którym przyprawiają fana o opad szczęki, a w większości widzów (nawet nie hardkorowych StarWarsowców) przechodzący przez cało ciało dreszcz, gdy obserwują w akcji esencjonalne, czyste zło. To jest prawdziwa Ciemna Strona Mocy. Ci stojący po Jasnej Stronie Mocy to raczej przeróżne odcienie szarości, ale może dlatego mogą wydawać się nam tak bliscy? W końcu Nobody’s perfect (hello, my name is Nobody 🙂 ), każdy z nas ma na swoim koncie mniejsze lub większe grzeszki, a ideały zdarzają się tylko w bajkach. Tutaj bajki nie ma.

Łotr 1 to nie jest wesoły film. Jasne, bon moty robota K2-SO, opisywane chyba we wszystkich recenzjach, są znakomite, ale jeśli liczycie, że wyjdziecie z tego filmu tylko z niesamowitymi wrażeniami ze świetnych scen batalistycznych, to na Waszym miejscu bym się tego nie spodziewał. Mnie Łotr 1 nieźle zrył beret i udowodnił, że Gwiezdne Wojny choć wciąż pozostały rozrywką, na pewno nie są rozrywką lekką, łatwą i przyjemną.

Dlatego zdecydowanie: