Spokojnych, analogowych świąt

Nie jestem wierzący, nigdy nie byłem i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Najpierw miałem, nie wiem, czy okazję, czy przyjemność, czy nieprzyjemność, może po prostu tak wyszło i tyle, urodzić się jako syn oficera Ludowego Wojska Polskiego i zdominowanej przez niego Mamy. Wierzącej, o czym dowiedziałem się dopiero kilka lat po Jej śmierci. Mnie akurat z Jezusem Chrystusem jakoś nie było po drodze. Nie to, żebym cokolwiek do niego miał, jakoś po prostu nie był mi potrzebny.

Jednak zawsze, gdy nadchodził ten jeden dzień w roku, było inaczej. Nie było religijnej otoczki, ale było jakoś tak cieplej, familijnie, choinka, prezenty na widok których dzisiejsze dzieciaki pewnie by pogardliwie parsknęły, ale dla mnie to było Coś przez duże C. W tej szarej komunistycznej – tak, nawet dla dziecka wojskowego – codzienności kompletna odmiana, z wiktuałami wystanymi przez Mamę w długiej kolejce, z uśmiechającą się do siebie rodziną.

I tego Wam życzę. Wiadomo, każdy czeka na prezenty ;), ale fajnie jest poczuć tę bliskość, to, że wszyscy jesteśmy dla siebie ważni, to, że mając tyle innych rzeczy na głowie, możemy spędzić ze sobą czas, nie narzekając i ciesząc się sobą nawzajem. A jeśli już musicie w coś pograć, to nie na komórce, czy konsoli, ale razem, wszyscy, np. przy naprędce rozłożonej na podłodze planszówce.

Spokojnych, rodzinnych, analogowych świąt.