„Trenerzy Adama Małysza”

Kto nigdy nie marzył o lataniu, niech pierwszy rzuci kamieniem. Możecie we mnie, bo nie uwierzę, że choć raz nie chcieliście mieć u ramion skrzydeł i poczuć się jak ptak. Ja za dzieciaka to nawet sny takie miewałem. Nic więc dziwnego, że choć skoki narciarskie to wciąż sport endemiczny (choć nie tak bardzo jak żużel), to wciąż bez problemu można znaleźć tych, którzy z wypiekami na twarzach patrzą na to, co dzieje się w zimie na światowych skoczniach. Niekoniecznie w takich krajach jak Polska, która przez lata z wyczynów skoczków czerpała źródło dumy, ale nawet najwięksi optymiści u szczytu Małyszomanii nie spodziewali się, że może być AŻ TAK, jak w piątek Trzech Króli, którego jako kibice nie zapomnimy chyba nigdy… Nie wiem, jak Wy, ale ja popłakałem się ze wzruszenia.

A mnie w tym radosnym szale oczywiście na refleksję musiało najść. Przez wiele lat miałem okazję zawodowo pisać o skokach narciarskich i od zawsze mierziły mnie teksty szacownych kolegów z TVP, określających kolejnych szkoleniowców reprezentacji Polski mianem: „Trener Adama Małysza„. Przy uporczywym promowaniu tej retoryki pozostali koledzy Adama musieli czuć się bardzo docenieni. Już wtedy moja Żona mówiła – czego nie omieszkała powtórzyć w ostatni piątek – że sukcesy jednego zawodnika, choćby tak znamienite jak Adama, nie świadczą o geniuszu trenera i polskiej myśli szkoleniowej. Adam to sportowiec wyjątkowy, jeden przynajmniej na setki tysięcy i odnoszę wrażenie, że przez te wszystkie lata potrzebował tak naprawdę mentoringu, może spojrzenia na jego skoki innym okiem i porównania z tym, co myśli sam. „Samograj”, gdzie jedynym zadaniem trenera było nie spieprzyć tego, co dostał w ręce (co przed lata udawało się przypisującemu sobie chwałę odkrycia Adama Pavlovi Mikesce). Pierwsze promyczki zaczęły się pojawiać, gdy kadrę juniorów/B przejął Heinz Kuttin, ale potem ten naprawdę sympatyczny Austriak szybko poznał czym jest polskie piekło i niesamowite oczekiwania względem wyłącznie Adama. Potem dopiero Łukasz Kruczek uderzył pięścią w stół/przekonał Apoloniusza Tajnera (niepotrzebne skreślić), a teraz Stephan Horngacher spojrzywszy na naszą kadrę na świeżo dokonał pewnego tuningu i mamy to, co mamy.

No ale do tego potrzebny był koniec kariery Małysza i wejście związkowych oficjeli w tryb: „Ojezusmarianiemamynaszejgwiazdycomyterazzrobimynaczymbędziemykasęzarabiać!”. Trzeba było zdać sobie sprawę, że poza geniuszem skoków jest w naszym kraju jeszcze kilku innych chłopaków, którzy mogą każdej zimy ciągnąć ten wózek, a wśród nich spychany gdzieś tam na bok za czasów Małysza skromny gość z podzakopiańskiej wioski, który w mojej opinii prędzej czy później prześcignie mistrza. Pytanie tylko, ile talentów udało się spieprzyć, gdy reprezentację Polski prowadzili „trenerzy Adama Małysza”?