Palatum Brittanica – Brakuje tylko palm i oceanu

Nie wiem, czy macie podobnie, ale ja – jako pasjonat książek – mam takich autorów, których kupuję w ciemno. Nawet się nie zastanawiam, o czym i jak napisali: jeśli widzę w którejś z księgarni online albo na Świecie Czytników odpowiednią informację, to po prostu kupuję i nigdy się nie zawodzę. W piwowarstwie generalnie nie powinno być tak łatwo, bo tu akurat znacznie więcej czynników może wpłynąć na efekt końcowy. Nawet światowym potentatom zdarzają się słabsze wypusty, a tymczasem w kraju mamy swoisty fenomen, przynajmniej w moim odbiorze. Ze stołecznego browar Palatum starałem się pić co tylko mi wpadło w ręce, przegapiłem tylko jeden wypust. Ostania Brittanica, w modnym ostatnio stylu New England IPA, to kolejny dowód na to, że Łukasz Kojro warzy tylko dwa rodzaje piw: znakomite lub bardzo dobre.

Jak przystało na styl, Brittanica wygląda niczym gęsty, mętny sok mango. To piwo broń Boże nie ma być przejrzyste, apage! (co oznacza, że moja Ślubna już na bank by go nie tknęła) Zapach przywodzi na myśl paletę świeżo zebranych i rozciętych ostrą maczetą owoców. Muszę kiedyś powąchać świeże mango, bo mam nieodparte wrażenie, że to właśnie ono dominowało, ale stuprocentowej pewności nie mam. Smak – co wcale nie musi być oczywiste – absolutnie nie zawodzi, przynajmniej dorównując zapachowi. Jest gęsto, owocowo, tak aksamitnie w fakturze, że mam wrażenie, że w Palatum zsunęły się do kotła jakieś płatki owsiane 😉 Z niedowierzaniem przyglądałem się etykiecie i uszczypnąłem się nawet w rękę, żeby mieć pewność, że to ma 45 IBU, bo kompletnie tej goryczki nie czuć. Jest gęsty sok owocowy, a gdy goryczka usiłuje się nieśmiało spodeń wychylić, natychmiast obrywa w łeb. Takie piwo mógłbym pić na letnie śniadanie w tropikach 🙂 nie tylko kapitalnie owocowe, ale wręcz sycące. Hopheadom pewnie się nie spodoba, ale ja się rozpłynąłem. WIELKIE MNIAM.