Co potrafi VR, czyli symulator za „grosze”

Los okazuje mi się sprzyjać, bo choć z jednej strony napływ nowych urządzenia do testowania z nowym rokiem rozkręca się dość powoli, dość regularnie trafiają mi się okazję, by niekoniecznie testując, po prostu o czymś fajnym napisać. Np. dzisiaj, gdy miałem okazję zajrzeć służbowo do agencji interaktywnej Tomorrow. Gdy oczekiwałem na to, po co przyszedłem, sympatyczni ludzie zaproponowali, bym zasiadł przed dziwną konsoletą i założył na głowę Oculus Rift. Nie zdążyłem nawet się zastanowić o co chodzi, gdy okazało się, że siedzę przed… pulpitem maszynisty pociągu pasażerskiego! Panoramiczne okno, wyświetlacze ponoć bliźniacze tym z prawdziwej kabiny. Wyciągnąłem przed siebie prawą rękę, bo od razu zobaczyć jej zarys w polu widzenia. Ha! To może położę ją na zadajnik… O! No tak – to już wiem, czym była ta dziwna konsoleta. Faktycznie był na niej dziwny joystick, który okazał się być zadajnikiem jazdy mojego pociągu, a czerwony guzik z prawej strony – aktywnym czuwakiem, czyli urządzeniem, sprawdzającym w zaprogramowanych wcześniej odstępach, czy maszynista nie zasnął, lub nie zasłabł. Najpierw świeci się informacja na konsoli, po pięciu sekundach dochodzi sygnał dźwiękowy, a po kolejnych pięciu – pociąg automatycznie rozpoczyna awaryjne hamowanie.

W tym przypadku nasze zadanie to przeprowadzenie pociągu na prostej sześciokilometrowej trasie, nie przekraczając ograniczeń prędkości, mieszcząc się w czasie, nie szarpiąc i zużywając jak najmniej energii (widzimy też energię odzyskaną przy hamowaniu). Proste? W sumie tak, wystarczy wyczuć maszynę pod kątem hamowania (przed peronem docelowym ze 100 km/h zacząłem hamować niemal kilometr wcześniej, To był bardzo dobry pomysł, bo dzięki temu wtoczyłem się na stację z prędkością 20 km/h, zatrzymując pociąg delikatnie, niczym piórko. Cały przejazd „kosztował moją firmę” 15 kilowatogodzin – na jazdę zużyłem 25, ale przy hamowaniu odzyskałem 10.

Dla mnie była to przednia zabawa, ale bez problemu jestem sobie w stanie wyobrazić treningi na takim urządzeniu prawdziwych maszynistów. Nie znam się na kolei, przyznaję się bez bicia, ale toż to nie samolot, który musi się przechylać, byśmy odczuwali przeciążenia. Po kilku sekundach w Oculusie na głowie natychmiast zapomniałem, że to hełm do VR i faktycznie czułem się jak w pociągu. Dołożenie do programu kolejnych scenariuszy, w rodzaju awarii urządzeń, czy semaforu, informacji dźwiękowych od – nie wiem, jak to się nazywa, dróżnika? 🙂 – pieszego usiłującego wtargnąć na tory, czy pełznącego przez nie ciężarowego auta: to wszystko to tylko (i aż) kwestia pracy programisty. Jestem w pełni świadom, że człowiek, potrafiący programować scenariusze VR nie jest tani, ale to wciąż kwota nieporównywalnie mniejsza od budowy jednego, wypasionego, napchanego technologiami urządzenia wielkości kawalerki. „Grosze” z tytułu oczywiście wzięte w cudzysłów, ale myślę, że cenowo to różnica rzędu wielkości. Bezpieczeństwo tańsze bez spadku poziomu? To nie jest coś, co się często zdarza.

To bez cienia wątpliwości droga, którą przez najbliższe lata będzie przecierać wirtualna rzeczywistość. Dla mnie bomba. No i mogłem poprowadzić pociąg 🙂