Reforma, czy deforma, czyli proszę bez demagogii

Nigdy nie byłem zwolennikiem gimnazjów. Gdy w 1999 roku, po 51 latach przerwy ten szczebel edukacji wrócił do polskiego systemu szkolnictwa, mimo, że miałem dopiero 23 lata, już wtedy nie widziałem w tym żadnego sensu. Takie trochę na siłę przywracanie wszystkiego, co zmieniła komuna. Dlaczego? Bo tak. Bo możemy, bo rządzimy. A Wam, Polacy, nic do tego.

Lata minęły, z tego, co wiem, sytuację udało się w miarę unormować, ale w mojej opinii absolutnie nie zmienia to faktu, że wyrywanie 11/12-latków ze znanego środowiska po sześciu latach i ponowne „łączenie stad” na zaledwie 3 lata to bardzo zły pomysł. Byłem dawno temu nastolatkiem, lada pół roku będzie nim mój starszy syn i nieprzerwanie przez te wszystkie lata mam pewność, że nie ma gorszego momentu na „restart” środowiska rówieśniczego, niż czas „małpiego rozumu”, pierwszych miłości, nierzadko eksperymentów z treściami i używkami nieodpowiednimi dla takiego wieku. Sytuacji, gdzie samce alfa zaznaczają swój teren chamstwem, brutalnością i przemocą, a ci, którzy radzili sobie słabo w dotychczasowym środowisku – no cóż, w gimnazjum raczej nie poradzą sobie lepiej, prawda?

Dlatego, o ile z jednej strony cieszę się, że moi synowie zostaną w obustronnie znanym środowisku (gdzie zarówno oni znają kumpli, jak i nauczyciele wiedzą, na co wszystkich i każdego z osobna stać), a dzięki dodatkowym dwóm latom idąc do szkoły średniej będą już wyraźnie dojrzalsi, z mniejszą (oby) tendencją do głupot (wiem, wiem – to głównie rola rodziców, nie szkoły). Jedno, z czym na pewno się zgadzam, to fakt, że reforma jest robiona zbyt wcześnie, w pośpiechu i na kolanie i o ile strona społeczna moich dzieci na tym nie ucierpi, obawiam się jednak, że edukacyjna już tak. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że rządzącym dlatego tak zależy na tym, by przeprowadzić ją szybko, żeby niepokoje społeczne zdążyły wygasnąć przed kolejnymi wyborami.

Nie zgadzam się jednak z wrzucaniem tej reformy do tego samego wora, co wszystkich pomysłów obecnie rządzącej ekipy, tylko dlatego, że to właśnie oni są jej autorami. A na to wskazują szerzone w social mediach na zasadzie psychologii tłumu teksty o rzekomej „deformie” i płaczliwie opinie, jak to szkoły będą przepełnione, dzieci będą się uczyły na 20 zmian i wychodziły do domu o północy. Gówno prawda. Jak się chce P(i)Sa uderzyć to kij zawsze się znajdzie. Ba, sam go często szukam, ale akurat nie tutaj. Bazując na tym, co dzieje się w podstawówce moich synów, mam wręcz wrażenie, że niektórym będzie lepiej, bowiem z racji tego, że gimnazja przejmą rolę podstawówek, zmieni się rejonizacja i sporo dzieciaków będzie miało znacznie bliżej do szkoły. Tak więc, argument o tłumach jest śmieszny i do bólu demagogiczny. Co do poziomu nauczania przy programach pisanych na siłę – cóż, wtłaczany w stałe ramy stary belfer może sobie nie poradzi, ale na szczęście wśród nauczycieli w podstawówkach coraz częściej widać młode twarze, które oprócz programu dysponują inteligencją, i to nie byle jaką. Wierzę w nich.

Photo by Oddsock under CC 2.0 license