Gardzę panem, panie Lis

Nie było trzeba wiele. Wystarczył jeden tweet.

Dokładnie rzecz biorąc chodziło o ten materiał Weekend.gazeta.pl. Ten jeden tweet wystarczył do tego, bym dostał cholery, do tego stopnia, że od 7 godzin chodzę w nerwach. Żyję na świecie niemal 41 lat, ale wciąż istnieją zachowania, których nie będę w stanie zrozumieć.

Znam Krzyśka Stanowskiego od ponad 20 lat. Nie to, żebyśmy ze sobą regularnie wódkę pili, czy regularnie się spotykali, nie. Po prostu wpadliśmy na siebie w pewnym momencie życia. M.in. dlatego od momentu, gdy pojawił się Twitterze, regularnie obserwuję, co pisze. Nie we wszystkim się zgadzamy (a na piłce się średnio znam), ale na pewno tweety Krzyśka potrafią zdopingować do myślenia, choćby po to, by móc umiejętnie włączyć się w rozmowę i dać mu do zrozumienia, czemu się z nim nie zgadzamy. W perspektywie ostatnich lat na pewno jednak nie można powiedzieć o Krzyśku, że jest prymitywny, a w mojej opinii również tego, że jest PiS-owski. Ma po prostu swój własny punkt widzenia, nie przystający do popularnej w dzisiejszej Polsce dychotomii: PiS <-> przeciw PiS.

Bolesnej dychotomii, która powoduje, że tak wielu z nas patrzy na życie, znajomości, przyjaźnie, przez pryzmat polityki. Nieważne kim jesteś, nieważne co robisz, ważne na kogo głosujesz. Albo – jak sugeruje Lis – za „wyznawcę” jakiego nurtu polskiej sceny politycznej ja cię uważam. Nieważne, że dzięki Twojemu pomysłowi, Twojej energii, Twoim – tak, dokładnie tak – znajomościom i układom, kontrowersyjności w mediach i w sieci, a także gigantycznym zasięgom, co miesiąc rzeka pieniędzy płynie do najbardziej potrzebujących. Nie wydadzą ich na piwo, tańce i dziewczyny – wydadzą je na operacje, dające im szanse na życie (nie „lepsze życie” tylko życie, po prostu!), ewentualnie egzystencję taką, jaką większość z nas (co np. bez rąk może być „nieco” trudne). Jak dla mnie Krzysiek mógłby w wolnych chwilach pomagać Antoniemu Macierewiczowi, asystować Donaldowi Tuskowi albo pić wódkę z Leszkiem Millerem. Kurde, mógłby nawet czcić szatana! Jeśli mówię o nim w kontekście akcji #dobrowraca to nic nie zepsuje mojej opinii o akcji i jej inspiratorze.

Swego czasu szanowałem Tomasza Lisa. Tak, nie wstydzę się tego, tak samo jak tego, że kiedyś – w trakcie wyborów na prezydenta Warszawy – zagłosowałem na Lecha Kaczyńskiego. Podobnie zresztą jak szanowałem Monikę Olejnik i lubiłem oglądać jej programy. Gdy jednak po ostatnich wyborach zmieniły się czasy (a w przypadku Olejnik nawet wcześniej) wydaje się, że w ich oczy zajrzało widmo przerażania: co z ich życiem, gdy polityczne realia obrócą się o 180 stopni? Nie jestem zwolennikiem obecnej opcji politycznej (to łagodne określenie), ale nawet ja widziałem jak napastliwa i agresywna stała się Olejnik, jak pełen jadu i nienawiści stał się Lis. Moje niegdysiejsze ideały nie upadły – one przypier***iły w bruk z taką siłą, jakby skoczyły z Pałacu Kultury i Nauki, a dzisiejszy numer Lisa tylko mnie w tym utwierdził.

Tak, Krzysztof Stanowski jest agentem dobra, niosąc tyle dobra, ile Lis nienawiści. Gardzę panem, panie Lis. Stałeś się pan ścierwem, żerującym na najniższych instynktach, skamlącym o kliki jednej strony spolaryzowanego polskiego społeczeństwa. Swoje kliki, swoje ego, kosztem umierających dzieci, którym #dobrowraca niesie nadzieję życia. Że pozwolę sobie zacytować klasyka:

„Jak ci biedni ludzie mają to zrozumieć, jak ja kur*a z tego nic nie rozumiem?”