Czujnik zanieczyszczeń LookO2 – Laserowe Clio

„Ale teraz gadacie o tym smogu, jakby to był problem od dzisiaj! Co, wcześniej nie było aplikacji i powietrze było zdrowsze?” – uwielbiam takich prześmiewców. Darcie łacha to ich sposób na życie, mogę im tylko współczuć. Zgoda, ja sam też od mniej więcej roku interesuję się kwestią zanieczyszczenia powietrza w Polsce (z naciskiem na Warszawę, w końcu tu mieszkam), ale czy to istotne kiedy zacząłem? Bardziej istotne jest to, że wreszcie wiem, czemu czasami teoretycznie bez powodu bolała mnie głowa, i że przez te cholerne zanieczyszczenia pewnie umrę wcześniej, albo w większych męczarniach. Nie ma więc co narzekać na technologie, które pomogły nam zyskać świadomość, że jest cholernie nie tak. Technologie, które nie muszą już kosztować setek, czy dziesiątek tysięcy złotych, tylko okazują się być na kieszeń praktycznie każdego z nas. Jak np. czujnik LookO2.

Pierwszy rzut oka pudełko kojarzy się bardziej z jakimiś precjozami, biżuterią. Malutkie, zgrabne, drewniane, a po ściągnięciu przykrywki okazuje się, że w środku leży małe plastikowe… coś. Mnie akurat trafił się egzemplarz biały, ale widziałem online zdjęcia innych kolorów, które można dopasować np. do koloru elewacji 🙂 No ale wyglądanie to najmniej ważna rola tego urządzenia, więc przyjrzyjmy mu się bliżej. W sumie nie ma za wiele patrzenia – z tyłu gniazdko micro USB, z przodu symbol – kurde, to chyba śnieżynka? – wąski pionowy pasek z ukrytym przyciskiem do resetowania urządzenia i poziomy, z – jak mniemam – faktycznym urządzeniem pomiarowym. Trochę szkoda, że LookO2 nie ma własnej baterii, ale pewnie dlatego, że wpłynęłoby to na wielkość urządzenia. Poza tym bez przesady – jeśli obok okna nie mamy gniazdka, zawsze możemy podłączyć urządzenie pod powerbank, w moim przypadku w 24 godziny LookO2 nie zdołał pożreć 5200 mAh.

Skoro mamy i podłączyliśmy, pora skonfigurować. Wciskamy wspomniany guzik reset, po chwili kolorowa żarówka pod obudową zacznie świecić na biało, to znak, że pojawiła się sieć WiFi o nazwie LOOKO2_cośtam. Łączymy się z nią, wchodzimy na podany w instrukcji adres IP, wpisujemy nazwę naszej sieci WiFi, hasło do niej, nazwę czujnika i – jeśli chcemy widzieć go na mapie – koordynaty geograficznie. Te ostatnie możemy np. wziąć z Google Maps, albo… nie wpisywać, chcąc zachować pozory prywatności. Wtedy jednak odczyty z urządzenia sprawdzimy wyłącznie na stronie LookO2. Akceptujemy – i tyle. Działa! Zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych instalacja może okazać się skomplikowana, będą narzekać, że urządzenie powinno mieć GUI, a nie jakieś dziwne coś… Jasne, nawet mogę się zgodzić. Jeśli jesteście gotowi dopłacić drugie tyle za „wewnętrzną urodę” – be my guest. Ja wezmę to, co działa, a resztę zaoszczędzę na piwo 😉

A potem nie trzeba już robić nic. Poczekać od kilku do kilkunastu godzin, aż nasz czujnik pojawi się w aplikacji Kanarek i tyle! W Kanarku widzimy aktualny poziom pyłu zawieszonego PM2,5 i PM10, zaś na stronie Looko2.com – status na żywo (aktualizowany co 3 minuty), średnie z ostatnich 24 godzin i ostatnich 7 dni, z możliwością wygenerowania dowolnych raportów, również jeśli chodzi o nieraportowane przez nikogo pyły PM1, czyli mniejsze niż 1 mikrometr. A co jeśli nie mamy smartfonu (tak, tacy też są), a czujnik skonfigurował nam np. wnuczek? Też nie ma problemu, pudełko LookO2 co 3 minuty świeci się kolorem zależnym od jakości powietrza. Jeśli jest czerwone – biada Ci biada, jeśli nie założysz maski; jeśli zielone – urządzenie się zepsu… no nie, oczywiście żartuję :), oznacza to, że powietrze jest czyściusieńkie, ale to może potrwać przynajmniej do wiosny. Kanarek i mapa na stronie LookO2.com to też potęga tego urządzenia i w ogóle pomysłu na „społecznościowy pomiar jakości powietrza”. W samej Warszawie czujników Inspektoratu Ochrony Środowiska mamy 4, kilka w okolicznych miejscowościach, ale dopiero po dołożeniu kilkunastu LookO2 faktyczny stan powietrza w mieście.

Czy warto? Urządzenia LookO2 mają swoich przeciwników, sugerujących niedokładności pomiaru, w sytuacji, gdy w jednym mieście czujniki GIOŚ pokazują przykładowo wyniki na poziomie ok. 150%, gdy LookO2 pokazuje 250-300%. Też miałem, ale dostałem od autorów wyniki badań, wykazujących wyraźną korelację między odczytami ze stacji „państwowych” i LookO2. Złośliwi powiedzą, że korelacja nie musi oznaczać, że wyniki są takie same, a ja wtedy powiem, że nie trzeba jechać mercedesem, by dotrzeć do celu, wystarczy renault clio. Laserowy pomiar zanieczyszczeń jest ponoć bardzo czuły na wahania jakości powietrza i wystarczy, że wylot czujnika mamy skierowany w stronę komina sąsiada, albo akurat wiatr zawieje tak, że zafałszuje odczyty. Mnie to kompletnie nie przeszkadza i w sytuacji, gdy w okolicy swojego mieszkania nie mam stacji pomiarowej IOŚ – bezdyskusyjnie wybieram LookO2.