Kingpin Vandal – Prosiak eksperymentator

Po latach picia tak samo jałowych i smakujących jak psi mocz (zapewne, bo nigdy nie miałem okazji porównać) korpolagerów kupując kolejne piwa uwielbiam eksperymenty. Już sam fakt picia piw, które – dla odmiany – smakują jest świetny, ale zawsze z radością sięgam po wywary z Browaru Kingpin. Michałowi Kopikowi (Michału Kopiku? 😉 ) kreatywności bowiem odebrać nie można i praktycznie za każdym razem można mieć pewność, że piwo, okraszone jedynymi w swoim rodzaju etykietami z dzikim prosiakiem (?) będzie – cóż, jedyne w swoim rodzaju 🙂

IPA – wiadomo, sztandar piwnej rewolucji, goryczkowo i wielopłaszczyznowo w kwestii zapachów. Żyto – będzie gęsto. Jałowiec – hmmm, jałowiec to raczej z sahti mi się kojarzy, więc może być ciekawie… No i w zapachu jest jakoś tak nie-ipowo. Dominuje zdecydowanie słodowość, bardzo wyraźny (ale nie tak jak w sahti, na szczęście) jałowiec. Chmiele? No też nie-ipowo. Powiedziałbym, że pod względem balansu to bardziej jakbym nachmielonego lagera czuł.

Pierwszy łyk natomiast mnie od razu nasunąłem skojarzenie z klasycznym sahti. Tylko skojarzenie, inspirację, bo o ile smak i faktura mimo wszystko wyraźnie się różnią (sahti, które piłem, były w zasadzie kompletnie bez gazu, jakby ktoś wycisnął piwo, które wylało się na leśne igliwie). Żyto faktycznie dodaje gęstości, jałowiec wyraźnie dominuje, dochodzi jeszcze lekkie szczypanie w język (ale nie alkoholowe, nie dałbym temu piwu 7%), a chmiele gdzieś tam wstydliwie wycofały się do tyłu.

Mnie to piwo smakowało, ale z racji tego, że jest mocno agresywne, nie każdemu podejdzie, raczej sugerowałbym je osobom, które mają doświadczenie w piwach rzemieślniczych. Jeśli jednak lubicie eksperymentować, to nie ma co się zastanawiać, trzeba brać!