Flyspot Warszawa – Młodości, orla twych lotów potęga!

Latanie… Któż nie marzy o lataniu? Nie to, że samolotem, to akurat nie jest problem, ale tak jak ptak, w powietrzu, swobodnie… Nie mówcie, że Wy nie, a nawet jeśli to jesteście wyjątkami, potwierdzającymi regułę. Ja nawet kiedyś miewałem sny, gdy latałem nad Warszawą, więc kiedy otwierając prezent urodzinowy zobaczyłem informację, że mam już zarezerwowany lot we Flyspocie, to cieszyłem się jak niemowlak z nowego pluszowego misia! Przynajmniej na początku – bo im bliżej lotu tym bardziej zacząłem się obawiać…

Jeśli jedziecie pierwszy raz do Flyspotu od strony Warszawy, przyjrzyjcie się dokładnie wysyłanej mapie, bo dojazd nie jest prosty – potem już widać tablice i strzałki. Od razu po wejściu wita nas sala z symulatorem Boeinga 737 (kiedyś muszę tam przyjść!), ale my wchodzimy na górę. Tunel bardzo łatwo zlokalizować – po strzałkach, tłumach ludzi (rodziny tych co latają aktualnie + 1-2 grupy oczekujące, zazwyczaj z bliskimi), ale przede wszystkim po HUKU! Wyobraźcie sobie, jak muszą huczeć wentylatory, potrafiące rozpędzić powietrze do prędkości 320 km/h… i pomnóżcie to przez 2. Jest głośno jak cholera (a po wejściu do samego tunelu to już w ogóle).

Przy stanowisku recepcji wypełniamy papierologię, że jak kopniemy w kalendarz to nasza wina, idziemy na dobór kombinezonu, gogli i kasku + dostajemy zatyczki do uszu, a potem przez kilka minut instruktor tłumaczy, że mamy się nie spinać jak baranie jajca, rozluźnić się (taaaa, dobre sobie!) i tłumaczy znaki, których będzie używał (zawodowcy mogą latać sami, z pozostałymi w tunelu zawsze jest instruktor). Potem czekamy na swoją kolejkę, stajemy w futrynie prowadzącej do tunelu i… usiłujemy położyć się na strugach powietrza.

W mordę żesz, dlaczego nie mogę się położyć? W sumie wystarczyłoby lekko oderwać nogi, by paść na strugę powietrza, ale jakoś za pierwszym razem to nie przychodzi do głowy, więc większość noobów kładzie na strugach instruktor.
„Rozluźnij się!” – macha do mnie, pokazuje gest naklejony w wyraźnym miejscu na ścianie tunelu.
„No chyba cię powaliło. Jak mam się rozluźnić jak ten wiatr mnie napier***?”

Jest ciężko… chociaż nie, inaczej – nie jest łatwo. Trzeba ułożyć się na lecących 200 km/h (trochę ważę, przy dzieciach było zdaje się jakieś 160) strugach powietrza, lekko ugięte ręce, głowa w górę i ruchami dłoni korygujemy w którą stronę skręcamy, a nogami – prostując i zginając – czy udajemy się w górę, czy zostajemy na obecnym poziomie. Łatwo wygląda w teorii, prawda? Szkoda tylko, że ni cholery nie wychodzi w praktyce 🙂 Inna rzecz, że sama radość z unoszenia się w powietrzu to tak wiele, że problemy z odpowiednią pozycją nie były w stanie wywołać u mnie frustracji 🙂 Potem na filmie (można sobie ściągnąć po wizycie) widziałem, że w większości przypadków to instruktor ciągnął mnie do góry za nogawkę kombinezonu, ale miałem to gdzieś 🙂 Jedna sesja latania to zaledwie 90 sekund, ale tam w środku miałem wrażenie, że trwała przynajmniej 5 minut. WOW. Czad!

Potem 13,5 minut czekania na kolejne wejście (grupy liczą po 10 osób) i znacznie większy apetyt, bo Kajtek (instruktor) zapowiedział, że za drugim razem polecimy wyżej. Próbował dać mi szansę, żebym zrobił to sam, ale – well, niekoniecznie wyszło 🙂 – więc ostatecznie złapał mnie za nogi i czterokrotnie poderrrwał niemal na samą górę tunelu. Wrażenia były niesamowite – nie czułem w ogóle, żeby ktoś, czy coś mnie trzymało, odnosiłem wrażenie, że po prostu szybuję (dość szybko) jak ptak, a nawet nie machałem rękoma 🙂 Mimo dość dynamicznego lotu nie miałem żadnych sensacji żołądkowych po prostu unosiłem się w powietrzu i opadałem, drąc się niczym Osioł ze Shreka: „Ja lataaaam!”. Dobrze, że w tunelu tak huczy, Kajtek na bank mnie nie słyszał 😉

Coś niesamowitego, nie wiedziałem, że 3 minuty aktywności może dać tyle radości. Z tego co wiem, to nie jest tania impreza, ale jeśli kiedykolwiek marzyliście o lataniu, to nie ma co się wahać. Nie przewidywałem, że kiedykolwiek to powiem, ale…

odpuśccie sobie kilka piw, dobrych piw, a za tą kasę pójdźcie polatać. Ja prędzej, czy później na pewno to powtórzę. Chciałbym choćby dziś.